poniedziałek, 12 marca 2018

Konsekwencja.

Mam swojego faworyta jeśli chodzi o krajową scenę death metal i się z tym nie kryję. Nie raz o tym wspominałem i nadal trwam przy tej opinii bo nie ma najmniejszego powodu, by coś zmieniać. Jest wręcz powód, by tylko w tym zdaniu się jeszcze bardziej umocnić, ale o tym za chwilę. Ten mój faworyt to zespół, który nie nagrał słabej płyty, choć z drugiej strony nie wydał ich aż tak wielu. Jednak chodzi o jakość, prawda? To zespół, który konsekwentnie się rozwija, konsekwentnie trzymając się przy tym obranej ścieżki i wizerunku. Bo jak się okazuje da się tak postępować a przy tym grać świetną muzykę. Ten zespół to płocki Kingdom, który właśnie wydał czwarty album o pięknym tytule „Putrescent Remains of the Dead Ground”. 





Wydanie kolejnego albumu właśnie teraz, pokazuje, że zespół wprowadził jedną, ogromną zmianę w swej egzystencji – nie kazał nam czekać trzech lat na następcę wydanego w 2016 roku „Sepulchral Psalms from the Abyss of Torment”. Śledząc historię zespołu zauważymy, że czas pomiędzy kolejnymi krążkami konsekwentnie się zmniejsza, co cieszy. Oczywiście, nie chodzi o to by wydawać coś nowego co pół roku, bo stałoby się to pewnie zbyt przewidywalne i nudne. Materiał trzeba przygotować. I Kingdom zrobił to bardzo dobrze. Fundamenty nowego albumu leżą pomiędzy dźwiękami poprzedniego długograja i nie dziwi mnie to, gdyż „Sepulchral...” spotkał się z bardzo pozytywnym odbiorem. Na fundamentach, szczególnie tak solidnych, dobrze jest jednak coś zbudować. Płocczanie budują po raz kolejny katedrę piekielnego death metalu, w sobie i nam dobrze znanym stylu i klimacie, wprowadzając jednak pewne nowości, bądź jak kto woli zmiany. Konstrukcja utworów i ich szkielet jest surowszy, prostszy, bardziej dosadny. Płyta ma w sobie jeszcze więcej bezpośredniej agresji od poprzedniczki. Czuć tu ogromne tchnienie złości i czegoś, co nazwałbym piekielnym szałem bitewnym. To co znowu zwraca uwagę to perkusja, siekąca jak MG42 pod Stalingradem. Ale to nie jest nowość w przypadku Kingdom, u nich ten instrument zawsze był bardzo ważny. Utwory są krótkie, skondensowane, zwarte i miażdżące. Nie ma ani chwili na wytchnienie, bo przerwy w kanonadzie trwają tyle, że nawet papierosa z paczki nie wyciągnięcie. Nie ma przebacz. Album nie jest długi, bo trwa ledwie niecałe trzydzieści minut. Może to i lepiej, bo szybciej można złapać oddech i zapalić, zanim powtórnie wciśniemy play. A nie ulega dla mnie wątpliwości, że to jest najlepsza rzecz jaką można zrobić. Kingdom lubi na swoich płytach zamieszczać utwory w ojczystym języku i tym razem mamy ich prawdziwy wysyp, bo aż trzy. Fajnie, kto wie, może jak tak dalej pójdzie, dotrzemy do całego albumu napisanego po polsku? W ich przypadku sprawdza się to, bo LWN ma, w mojej opinii, głos stworzony do krzyczenia w naszym języku. Oby podtrzymywali tę tradycję na kolejnych wydawnictwach. Ostatnim utworem na płycie jest cover. Bardzo udany. Chcecie się przekonać jak brzmi klasyk norweskiego black metalu w adaptacji polskich death metalowców? Posłuchajcie albumu. Warto też wspomnieć o okładce, której autorem jest Maciek Kamuda i jak zwykle, w jego przypadku, jest to naprawdę udane dzieło. 

„Putrescent Remains of the Dead Ground” to kolejny krok na konsekwentnej drodze Kingdom. Kolejna cegiełka do wielkiej twierdzy, jaką zespół buduje od lat. Kolejny element krajowego tronu na polu death metalu. Tronu, który nieprędko zmieni właściciela. Brawo!

Ocena: 9/10

Kingdom - „Putrescent Remains of the Dead Ground”. Godz Ov War Productions. 2018 rok, numer katalogowy GOWP DCCLXXXVIII.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz