środa, 14 marca 2018

Killer, Moczulski i Grechuta.


Nie tak dawno temu, z okazji wydania dwóch demówek, pisałem o Stillborn. Dziś znowu jest okazja by poruszyć temat mieleckich bluźnierców, bo panowie wskoczyli na drugi biegun osi czasu i tym razem raczą nas całkowicie nowym materiałem. Nie jest to co prawda pełny album, tylko EP, ale nie zmienia to faktu, że „Crave for Killing” jest jak najbardziej godnym następcą bardzo dobrego „Testimonio de Bautismo”, od którego premiery minęły już przecież dwa lata! Szlag, ale ten czas szybko płynie. Choć w przypadku Stillborn lepszym stwierdzeniem byłoby, że zapierdala, bo przecież mielecka horda do najwolniejszych nie należy.





„Crave for Killing” to pięć utworów dających w sumie dwadzieścia minut muzyki. Pierwsze trzy wspaniale pasują do zdania pochodzącego z „Testimonio de Bautismo” - tak się kurwa gra death metal. Są krótkie, niesamowicie agresywne, ostre jak dobrze naostrzona siekiera i tną zmysły nie gorzej niż piła łańcuchowa. Tu nie ma miejsca na kombinowanie i aranżacyjne spusty, tu jeśli coś się spuszcza, to wpierdol. I to zdrowy. Wszystkie trzy trwają tyle, co dwa następne, ale to nie jedyna różnica pomiędzy nimi. Podzieliłem „Crave for Killing” na trzy i dwa, ponieważ, poza czasem trwania, pierwsze trzy są po angielsku, dwa pozostałe po polsku. Pierwsze trzy to kompozycje prostsze, aranżacyjnie uboższe, od następnych dwóch. I to właśnie te dwa ostatnie numery są dla mnie prawdziwym skarbem nowego materiału Stillborn. Spuścić wpierdol tak po prostu potrafi każdy, ale zrobić to z odrobiną wyrafinowania i finezji, to już co innego. A Stillborn utworami „Korowód” i „Staroświeckość we mnie jest” (co za piękny tytuł!) udowadnia, że jak najbardziej potrafi. Pierwszy z wyżej wspomnianych to interpretacja wiersza Leszka Moczulskiego o tym samym tytule, autorstwa Killera. Stillborn nie jest pierwszy, bo „Korowód” wykorzystał już wcześniej Marek Grechuta (różnica taka, że w oryginale). Szkoda, że nie zobaczymy nigdy razem na scenie Marka i Stillborn, wykonujących wspólnie swoje wersje tego wiersza. To byłoby niezapomniane wydarzenie. A poważnie, to interpretacja Killera jest trochę bardziej dosadna i brutalna od oryginału, ale sens przesłania zachowuje. Muzycznie utwór jest dużo bardziej rozbudowany i ciekawy od poprzednich, oferuje nam zmiany nastroju i tempa. To samo dotyczy ostatniego numeru, mówiącego o tym jak staroświeckie upodobania ma lider mieleckiego zespołu. Nie lubi komórek, selfiaki robi stacjonarnym a zamiast maili wysyła tylko listy na papierze i to z użyciem gołębi pocztowych. Oczywiście tego w tekście nie ma, jest jednak sporo głębszego przesłania a sama forma i styl kojarzą mi się z niektórymi tekstami Romana Kostrzewskiego. Jest to najdłuższy i najbardziej zróżnicowany kawałek na płycie. Bardzo fajnie, że ją zamyka, bo dzięki temu cały materiał od pierwszej do ostatniej sekundy rozwija się bardzo systematycznie i harmonijnie. Stillborn pokazuje, że potrafi przejść od totalnej rozwałki do muzyki bardziej refleksyjnej i złożonej bardzo płynnie, nie tracąc na tym ani trochę agresji i złości. Te dwa ostatnie utwory pokazują dojrzałość zespołu i jego kunszt kompozytorski. A jako całość „Crave for Killing” jest materiałem jak najbardziej przemyślanym i spójnym. I choć nie uważam Stillborn za czysto death metalowy zespół, to tak – tak powinno się grać death metal! 

No i ta okładka! 

Ocena: 9/10

Stillborn - „Crave for Killing”. Godz Ov War Productions, 2018 rok, numer katalogowy GOWP CMLXXV




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz