piątek, 2 lutego 2018

Wśród kurhanów, pośród mgieł.

Po pięciu latach wracam do Śródziemia, zwabiony nową podróżą, nową opowieścią. Wiem już, że spotkam Tar-Caliona, ostatniego z królów Numenoru, który swoją krainę doprowadził do upadku, bo za bardzo pożądał nieśmiertelności. Na mej drodze stanie Carcharoth, największy wilk jaki kiedykolwiek żył. Na szczęście nie jestem Huanem, którego ma on zabić. Tak jak hobbici udam się do krainy Kurhanów, gdzie przywita mnie mgła. Czy i ja ujdę stamtąd cało? Poznam historię Herumora, Czarnego Numenorejczyka, który przewodził kultowi zła i podobno został jednym z Nazguli. Może uda mi się to wyjaśnić? Dużo pytań a odpowiedzi poznam dopiero na końcu tej wyprawy. Jak zawsze magicznej.





Summoning. Dwóch Austriaków, dla których Tolkien to wyrocznia. Milczeli przez pięć lat, by wreszcie uciąć wszelkie spekulacje i zaserwować nam na początku stycznia swój ósmy pełny album zatytułowany „With Doom We Come”. Pierwsze co rzuca się w oczy to bardzo ładna oprawa graficzna, choć tu akurat nie mam na myśli samej okładki, bo ta średnio mi się podoba. Ale to co w środku, to już zupełnie inna liga. Nie ma niestety tekstów, ale bardzo łatwo znaleźć je w internecie. Są ciekawe więc polecam, tematykę już nieco przybliżyłem we wstępie. W utworze „Herumor” wykorzystane zostały fragmenty wspaniałego wiersza Edgara Allana Poe „Alone”. Resztę poznajcie sami. „With Doom We Come” to, jak na Summoning przystało, długi album. Trwa trochę ponad godzinę i zawiera osiem utworów, w tym jeden instrumentalny. Austriacy zmienili swoje oblicze, prezentując nam muzykę delikatniejszą, mniej surową, dużo bardziej klimatyczną i melodyjną. Różne już opinie słyszałem, wielu kręci nosem, ale ja nie. Po pierwsze – nie oczekujmy, że jeszcze kiedyś wydarzy się „Minas Morgul” czy „Dol Guldur”. Po drugie, po pięciu latach i sześciu naprawdę podobnych do siebie albumach (wyłączam „Lugburz”), można coś wreszcie zmienić. Dzisiejszy Summoning kojarzy się troszkę z tymi wszystkimi swoimi łagodniejszymi naśladowcami, którzy przez lata próbowali zrobić coś na podobieństwo. Ale tylko się kojarzy, bo jest po prostu lepszy o całe kilometry muzycznej edukacji i tony klimatu. Złagodnieli? Tak. Postawili całkowicie na klimat? Tak. Wrzucili tu całą masę melodii i podniosłych klawiszowych dźwięków? Tak. Ale to już przecież było, więc nikogo nie powinno dziwić. W moim odczuciu zmiana polega na tym, że panowie Silenius i Protector postanowili postawić wszystko na atmosferę i klimat. I to się udało. Poza tym, kiedy siadam do muzyki Summoning oczekuję KLIMATU i ATMOSFERY, nie brutalności czy dzikości. Oczekuję, że gdy zamknę oczy, to przeniosę się zupełnie gdzie indziej, do innego świata, do innej rzeczywistości. I myślę, że to właśnie austriacki duet zrobił bardzo dobrze, lepiej niż na poprzednich dwóch może nawet trzech krążkach. Dodam jeszcze, że album się absolutnie nie dłuży, bo ilość zastosowanych tu środków wyrazu, aranżacji, instrumentarium, zwyczajnie na to nie pozwalają. Osobiście bardzo się cieszę, że Summoning postanowił coś zmienić, szczególnie, że to zmiana ciekawa. Nie każdemu może przypaść do gustu, ale warto poznać. Jak nie wejdzie, zawsze są poprzedniczki. Ja do „With Doom We Come” będę wracał często, bo to prawdziwy wehikuł rzeczywistości i czasu. 

Nie lubię pojęcia "atmosferyczny black metal". Ale dopuszczam do siebie myśl, że takowe zostało ukute i pewien rodzaj black metalu można tak określić. I jeśli można grać "black metal atmosferyczny", to powinno robić się to właśnie tak. Mistrzowie po raz kolejny pokazują do kogo należy tron. 

Ocena: 9/10

Summoning - „With Doom We Come”. Napalm Records, 2018 rok, numer katalogowy NPR 767 JC.







"With Doom We Come" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz