sobota, 3 lutego 2018

Kraina łez.

To był chyba 1993 rok. Nastoletni ja, na całego zanurzający się w świat metalu, późnym wieczorem w pokoju rodziców i telewizor, gdzie za chwilę ten świat miał stać się jeszcze bliższy. Rodzice już spali, ale ponieważ nie posiadałem wtedy słuchawek do tv, każdy szelest i własny ruch wydawał się bardzo głośny. A co dopiero to, co za chwilę miałem usłyszeć, oczywiście mocno ściszone, by nie budzić rodzicieli. Tak wyglądało w tamtym czasie wiele moich wieczorów, bo w telewizji można było zobaczyć program Headbangers Ball a w nim dużo ciekawych metalowych klipów. Tamtego wieczoru poznałem Pestilence (oraz kilkanaście innych kapel) i ich „Land of tears”. 





I choć nie jest to najlepszy utwór (moim zdaniem) ze wspaniałego „Testimony Of The Ancients”, to akurat do niego Holendrzy trzasnęli klip. Powalił mnie. Sam tytuł już mocno działał na wyobraźnię, tak utworu jak i płyty. Nazwa Pestilence szybko wylądowała w notatniku, gdzie zapisywałem zespoły dopiero co poznane i o których wydawnictwa należy się postarać. Potem z taką karteczką szedłem na targ i kupowałem co było (kasety oczywiście). Pestilence też kupiłem, bardzo szybko po poznaniu tego jednego utworu. Nie było za bardzo gdzie posłuchać reszty (chyba, że u Krzycha na targu – o nim tutaj), więc najczęściej brało się w ciemno. Oczywiście w przypadku „Testimony Of The Ancients” nie mógł to być zakup chybiony. Czemu? Proste. Bo to jeden z najlepszych albumów death metalowych lat dziewięćdziesiątych albo i wszech czasów. Jeśli ktoś ma w tej chwili jakiekolwiek wątpliwości, to polecam posłuchać tego albumu raz jeszcze, umiejscowić go w czasie, porównać z tym co wtedy wychodziło (a były to głównie epokowe dzieła!) i z tym co wychodzi teraz. Holendrom udała się tak wspaniała mieszanka klimatu i mocy, atmosfery i siły, jak chyba tylko Nocturnusowi na „The Key” i, tak jak w przypadku Amerykanów, duża w tym zasługa klawiszy. A pamiętać musimy, że w tamtych czasach klawisze w death metalu nie były powszechne (właściwie to i dzisiaj nie są) i często ci co się na nie decydowali, nie do końca wiedzieli jak ich użyć. Ale nie Pestilence. Oni mieli jasną wizję użycia tego instrumentu i choć nie wykorzystują go tak powszechnie jak wspomniany Nocturnus, to robią to bardzo umiejętnie, co doskonale wpływa na atmosferę albumu. Co ciekawe partie klawiszy nagrał muzyk sesyjny, nie będący stałym członkiem zespołu. I jeszcze jedna rzecz bardzo wyróżniająca tę wspaniałą płytę – krótkie utwory, jakby wstawki pomiędzy tymi dłuższymi, będącymi mięsem albumu. Budują klimat, dodają uroku, ale także łączą poszczególne utwory. Podobną rzecz zrobił ostatnio na swym genialnym krążku Ensnared (o nim tutaj), choć oni poszli jeszcze krok dalej, nie tytułując tychże krótkich wstawek, nie oznaczając ich w spisie utworów, wlewając je jakby były dopełnieniem genialnej formy. Pestilence byli w tej kwestii bardziej czytelni, nie zmienia to faktu, że ich krótkie partie, często nagrane na klawiszach czy klasycznej gitarze, są wyśmienite. Tak jak cały epokowy „Testimony...”. Po nim zespół wydał dużo słabszy „Spheres”, postanowiłem więc szybko pójść w drugim kierunku i poznałem „Consuming Impulse” i „Malleus Maleficarum”, oba wspaniałe.

Krótko podsumowując – jak ktoś nie zna, natychmiast powinien poznać. Słuchowisko obowiązkowe. 

Pestilence - „Testimony Of The Ancients”. R/C Records, 1991 rok, numer katalogowy RC9285-2.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz