czwartek, 15 lutego 2018

Kanadyjczycy na kremlu.

Gdy pierwszy raz usłyszałem nazwę tego kanadyjskiego zespołu, nie wiedziałem, że jest z Kanady. No bo kto inny jeśli nie Rosjanie mógłby nazwać swój zespół Kremlin, czyli po prostu kreml. Okazało się jednak, że to nie nasi odwieczni wrogowie a teoretycznie sprzymierzeńcy zza oceanu. Pomyślałem więc, że może mają korzenie za Bugiem, ale chyba jednak nic na to nie wskazuje. Podczas odsłuchu ich debiutanckiego albumu „Decimation of the Elites” poczytałem teksty i poniekąd zrozumiałem skąd ta dziwna nazwa. 





Otóż musicie wiedzieć, że kreml to nie tylko ten wielki kompleks budynków w Moskwie przy Placu Czerwonym. Kreml to po prostu budowla obronna, typowa dla rosyjskich miast, wznoszona w ich centrach i pełniąca siedzibę władz. Może po prostu panowie Kanadyjczycy uznali, że zamek, twierdza bądź forteca są zbyt oczywiste. Albo wszystkie były już zajęte. Padło więc na kreml. We wstępie pisałem o tekstach bo w nich kryje się choć częściowe wytłumaczenie pomysłu na nazwę. Kanadyjczycy chcą do takiego fortu warownego wsadzić wszystkich, którzy są po ich stronie i bronić się przed całym Światem a potem go zniszczyć. Jest to więc dla nich, jak podejrzewam, bastion ich poglądów i tym ma być ten zespół. A poglądy to ciekawe. Już we wkładce jest oświadczenie, że jesteśmy zaprogramowani, że wszystko co wiemy to kłamstwo i powinniśmy z tym walczyć i szukać na własną rękę. Zgadzam się, dużo w tym prawdy, ale bez przesady. Nie wiem na ile te teksty są poważne, ale ten o płaskiej ziemi i głupim (trochę tam jest mocniej) Koperniku wprawił mnie w osłupienie. Kwiatków jest tam więcej, mam tylko nadzieję, że to wszystko kpina bądź po prostu żart. Albo ja to wszystko kompletnie źle odczytuję. Jedno jest pewne – teksty są kontrowersyjne a to, jestem pewien, było celem zespołu. Ilustruje je bardzo agresywna i brutalna muzyka, w dużej mierze oparta na patentach szwedzkich. Szczerze mówiąc, Kremlin momentami brzmi jak żywcem wyciągnięty ze Szwecji lat dziewięćdziesiątych. To co najbardziej ich odróżnia od Skandynawów, to momentami kompletnie połamane i chaotyczne rytmy, wręcz dzikie, coś jakby stary At The Gates jeszcze trochę zmiksować. Ale to tylko momenty. Generalnie Kanadyjczycy jadą do przodu i nie mają zamiaru się zatrzymywać. W końcu jak chcesz zniszczyć Świat, musisz nabrać tempa. Nie znajdziemy tu wielu zróżnicowanych momentów, rozbudowanych aranżacji czy chwil zadumy. Cały album, który trwa trzydzieści trzy minuty, liczy sobie dziewięć numerów, w większości dość podobnych do siebie. Nie zawsze jest to coś złego, ale jednak w przypadku Kremlin to akurat lekki minus. Człowiek już tyle tej Szwecji słyszał (i to w lepszym wydaniu), że po prostu około dwudziestej minuty wszystko jest już takie samo. Nie znaczy to wcale, że jest to album zły. On po prostu jest mocno wtórny. Pewnie gdyby wyszedł gdzieś w 1997 roku, byłby rozchwytywany. Mamy jednak 2018 i pewne sprawy trzeba sobie postawić jasno – ziemia nie jest płaska, Elvis nie żyje a kolejny album z odgrzewanymi kotletami raczej nie zachwyci. Nawet tak solidny jak ten. Mam nadzieję, że w przyszłości panowie pokuszą się o więcej oryginalności. 

Ocena: 7/10


Kremlin - „Decimation of the Elites”. Godz Ov War Productions, 2017 rok, numer katalogowy GOWP CCLXV.






"Decimation of the Elites" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz