wtorek, 20 lutego 2018

Egzotyczny ogród.

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami… Właściwie to za oceanem a konkretnie za Oceanem Atlantyckim (choć to zależy od której strony patrzeć) leży sobie miasto San Francisco. Tak, to to miasto w którym Brudny Harry robił porządki i to w którym jest długi i piękny most. Ale za tym samym oceanem leży jeszcze jedno miasto San Francisco, trochę na południe od wyżej wspomnianego. Znajduje się ono w prowincji Heredia, będącej częścią Kostaryki. Stolicą administracyjną tejże prowincji jest miasto Heredia, z którego pochodzi pewien death metalowy zespół. I o tym zespole sobie dziś porozmawiamy mili państwo. 





Zespół ten zalicza się do gatunku „egzotyczne odkrycia Grega”, a jego angielska nazwa brzmi Corpse Garden. Jak się okazuje, nie jest to okaz całkiem świeży (na co mogłaby wskazywać nazwa, choć jednak nie do końca bo niby ogród, ale...) ponieważ został odkryty już w 2009 roku, kiedy to wypuścił swe pierwsze owoce w postaci dema. W następnych latach okaz ten nie próżnował, gdyż podarował nam jeszcze dwa single i dwa pełnowymiarowe albumy. Nie będę was oszukiwał, nie miałem wcześniej styczności z owocami tego ciekawego tworu, nie mam więc zamiaru niczego o nich pisać. Jednak, jak to bywa i bywało, pewien śmiały Europejczyk postanowił przybić do brzegu Kostaryki (właściwie pierwszy zrobił to Kolumb w 1502 roku, ale wtedy jeszcze nie było Corpse Garden) i sięgnąć po ten nieznany wcześniej na naszym kontynencie okaz. Co ciekawe, był to Polak, jeden z tych, którzy nie mogą się pogodzić z kiepskimi osiągnięciami naszego kraju na polu kolonizacji. Greg Odkrywca dostarczył nam Corpse Garden, ufając, że jego nowe owoce, bliskie rozkwitu, przyjmą się na naszym kontynencie. Cóż, chwała odważnemu Gregowi, który jak wiemy często zapuszcza się w rejony dalekie i niebezpieczne. Czy Corpse Garden było jego kolejnym dobrym wyborem? Pochodzący z 2017 roku album „IAO 269” (za cholerę nie czaję tego tytułu) nie jest na pewno niczym odkrywczym. To po prostu death metal, mocno osadzony w przeszłości, posiadający jednak pewną dozę szaleństwa w dzisiejszym stylu. Panowie z Kostaryki bez dwóch zdań wiedzą jak trzymać instrumenty i jak je wykorzystać, mają też sporo ciekawych pomysłów, jednak nie na tyle dużo by ten materiał czymś szczególnym się wyróżniał. Jak już pisałem, sporo tu szaleństwa i spontaniczności i odnoszę wrażenie, że nie do końca kontrolowanej, co w tym przypadku odbieram jako plus. Fajnie to wszystko pędzi do przodu, czasami łamiąc rytm, czasami gniotąc ciężarem, generalnie jednak dominuje tu szybkość. Do tego fajne, zróżnicowane wokale, kilka ciekawych aranżacji i parę naprawdę świeżych momentów. Brakuje mi tu jednak większej dozy atmosfery i klimatu piekła. Ta muzyka fajnie by się w takim sosie sprawdziła. A tak „IAO 269” sprawia wrażenie albumu trochę „gołego”. Choć na pewno solidnego. Fakt jednak jest taki, że jest to już trzeci album Corpse Garden, grają już prawie dziesięć lat, więc pewnie pozostaną już tylko i wyłącznie solidnym średniakiem sceny. A może się mylę? Oby, bo ja zawsze takim egzotycznym okazom życzę jak najlepiej.

Ocena: 7,5/10


Corpse Garden - „IAO 269”. Godz Ov War Productions, 2017 rok, numer katalogowy GOWP MCMXVIII.






"IAO 269" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz