poniedziałek, 20 listopada 2017

Wehikuł czasu.

Lubię grzebać w sklepach z płytami. Kiedyś, w zamierzchłej przeszłości miało to większy urok, bo człowiek przebierał w krążkach stojących na półkach sklepowych, teraz ogranicza się to głównie do klikania myszką. A to już nie to samo uczucie. Pomimo tego, nawyk pozostał. Lubię też czasami dać się ponieść starym przyzwyczajeniom i kupić płytę tylko ze względu na okładkę. W latach dziewięćdziesiątych to była norma, bo nie było gdzie posłuchać materiału przed zakupem. Teraz można, co mocno ogranicza nietrafione zakupy, ale też nie ma już w sobie tego elementu odkrywania. Ostatnio jednak postanowiłem zaszaleć i buszując w sklepie Malignant Voices (gorąco polecam, to jeden z moich ulubionych) w oczy rzuciła mi się okładka z cyklu tych, które bardzo lubię.




Prosta, w odcieniach czerni i bieli, ze zwykłym zdjęciem lasu. Zawsze lubiłem takie okładki, ciągnęło mnie do nich. I ten właśnie czar zadziałał w przypadku albumu szwedzkiego zespołu Saiva, o którym wcześniej nie słyszałem. Gdy już płyta wylądowała w moich rękach, przekonałem się, że cała oprawa graficzna albumu jest utrzymana w takim klimacie, co bardzo mnie ucieszyło. Przed pierwszym przesłuchaniem, rzuciłem okiem na Metal Archives, by czegoś o tym zespole się dowiedzieć i przeczytałem, że grają black metal. Cóż, możliwe, że kiedyś tak było, ale na „Markerna bortom” black metalu nie uświadczysz. Jest to ich pełnowymiarowy debiut, wcześniej wypuścili EP i split z Grift. Nie znam tamtych dokonań, skupię się więc na tegorocznym debiucie. A jest na czym, bo to czterdzieści dziewięć minut muzyki, podzielonej na sześć kompozycji. To co „Markerna bortom” ma wspólnego z black metalem, to instrumentarium.





Tyle, że gitary są tu głównie akustyczne a wokale czyste. Poza tym, wszystko pracuje jak należy. Jednym słowem, gdybyśmy te akustyczne gitary potraktowali przesterem, byłby z tego kawał ciekawego black metalu. Saiva jednak tego nie robi (poza nielicznymi wyjątkami), co daje świetny efekt i tworzy album bardzo niekonwencjonalny. Utrzymany głównie w średnich tempach, przesycony melodiami stylizowanymi na tradycyjne, wręcz ludowe momentami, z dużą gamą wokalnych popisów (zdarzają się nawet black metalowe screamy, sporo jest różnego rodzaju okrzyków). To co czyni ten krążek tak dobrym i tak ciekawym to bez wątpienia klimat i atmosfera. Słuchając go nie mamy najmniejszych wątpliwości, że opiewa przyrodę i stare dzieje. Nie znam szwedzkiego (i pewnie prędko nie poznam, bo jeszcze w kolejce norweski) ale nie muszę czytać tekstów, by obrazy same rysowały się przed moimi oczami. Szwedzi wspaniale budują krajobrazy doznań za pomocą muzyki i na mnie momentami działają jak wehikuł czasu. Trudno się w tej muzyce nie zatopić i nie ulec jej czarowi. Nie myślcie tylko, że to jakiś kolejny folk metalowy zespolik grający na gałęziach i taplający się w jeziorkach. O nie, Saiva to coś zupełnie innego. Nie ma tu niczego robionego na siłę, nie ma tu tandety, nie ma udawania – tak, wiemy jak brzmiała muzyka tysiąc lat temu i dlatego podpinamy wzmacniacze w lesie. Saiva to inna liga, to bardzo naturalne przeniesienie schematów black metalowych na grunt wręcz momentami rockowy a wszystko to doprawione tradycyjnym, ludowym elementem. Moja luba stwierdziła wręcz, że to taki „korzenny album”. I coś w tym jest, bo pomimo zastosowania tradycyjnego instrumentarium Szwedom udało się wspaniale zbudować klimat kojarzący się z przeszłością. Polecam ten album wszystkim tym, którzy czasami chcą znaleźć się zupełnie gdzie indziej, w zupełnie innych czasach.

Ocena: 9/10

Saiva - „Markerna bortom”. Nordvis Produktion, 2017 rok, numer katalogowy NVP059.








"Markerna bortom" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz