poniedziałek, 6 listopada 2017

Jack Daniels Overdrive.

Będąc metalowym wariatem, skupiam się głównie na metalu właśnie. Mam jednak swoje odchyły i nie jestem ślepo zamknięty na death/black/thrash. Jest co najmniej kilka zespołów spoza stricte metalowego świata, które bardzo lubię a które również konkretnie przywalić potrafią. Z drugiej strony, może niektóre z nich są w dzisiejszych czasach określane mianem metalowych, ale ponieważ jestem konserwatystą, sam ich do tego grona nie zaliczam. Jednym z nich, tym najbardziej lubianym, jest śląski J.D. Overdrive. I choć za cholerę nie wiem jak fachowo nazwać to co grają, to po prostu świetnie się bawię przy ich muzyce. Od wielu lat.


Panowie w rzeczywistości nie są tak poważni ;)


Od wielu, bo chłopaków znam jeszcze z czasów gdy mieszkałem na Śląsku (stamtąd pochodzę). Kiedy pierwszy raz odwiedzili ze swoim taborem moje rodzinne Tychy, byli na etapie pierwszego albumu. Nie jest to dzieło wybitne i gdy kilka dni przed koncertem właściciel knajpy, w której mieli grać, puścił mi ten krążek, nie spadłem z krzesła. Przecież to nie moja muza, jakieś takie to dziwne i za bardzo buja. No ale dobra, przyjdę, zobaczymy na żywo. Przyszedłem. I już na sali zostałem, bo ze sceny szedł prawdziwy ogień. No i brzmiało to wszystko dużo lepiej niż na krążku a do tego zagrali coś z nadchodzącego, drugiego pełniaka i to naprawdę przypadło mi do gustu. Tak oto zostałem fanem. Poznałem chłopaków i bardzo polubiłem, tak jak drugi a potem trzeci album. Kawał doskonałego kopa, który rozbuja najbardziej drętwych podpieraczy ścian.



Trochę się tego uzbierało


I tak sobie myślałem, odkąd prowadzę tego bloga, by coś o nich skrobnąć. No ale nie bardzo była okazja. A teraz wreszcie jest, bo właśnie wydali czwarty album - „Wendigo”. I choć to czwarty album, ja nadal nie wiem jak fachowo określić ich muzykę, ale kompletnie o to nie dbam. Dla mnie to ogromny kawał energii, coś co z miejsca powoduje u mnie przyspieszone ruchy i chęć rozpierduchy. Takiej pozytywnej oczywiście, choć momentami panowie potrafią zwolnić i uderzyć w podniosłe tony. Wiem, że istnieją jakieś określenia typu southern czy coś takiego, ale nie bardzo wiem czym to się je, bo w takich klimatach nie siedzę. Przytaczam je tu dla tych, którzy nigdy J.D. nie słyszeli, by mieli choć blady kierunkowskaz. Zapewniam jednak, że jakkolwiek ich nazwiecie, zapewnią Wam po prostu masę dobrej zabawy. Znajdziecie tu świetne wokale Wojtka, bo chłop naprawdę dysponuje mocnym gardłem (jakkolwiek to brzmi, ale swoją drogą swoje wypiliśmy), potężne gitary Stempla i bardzo mocna sekcję duetu Jooras/Stanley. I tak w zasadzie na wszystkich albumach. Tylko debiut odstaje lekko poziomem kompozycji, słychać, że chłopaki dopiero się zgrywali i oliwili. Na dwójce już wszystko gra perfekcyjnie a trójka i czwórka to potwierdzenie możliwości zespołu. W założeniu miałem pisać o najnowszym albumie ale wyszło jak wyszło – bardziej przekrojowo, wybaczcie. „Wendigo” nie jest w każdym razie niczym nowym w twórczości zespołu, styl poprzednich wydawnictw utrzymany. I bardzo dobrze, bo to co robią robią naprawdę na wysokim poziomie. To co zwraca uwagę to bardziej klarowna produkcja. Płyta zyskała na przejrzystości tracąc troszkę ciężaru, ale za to mogę sobie bez problemu posłuchać Stanleya i jego basu, fajnie też brzmią blachy. Poprzedni album był zdecydowanie bardziej skondensowany co nie dawało tak dobrej selektywności.

Nowe płyty zawsze oceniam w skali od jeden do dziesięć, tu się jednak nie podejmę, bo nie czuję się żadnym znawcą takiej muzyki. To po prostu kolejny bardzo dobry album bardzo fajnego zespołu. Pozdrowienia chłopaki! Oby do rychłego zobaczenia gdzieś na trasie :)

P.S. Przechowajcie dla mnie jedną buteleczkę Wendigo, bo tu na północy chyba nie dostanę ;)

J.D. Overdrive - „Wendigo”. Metal Mind Productions, 2017 rok, numer katalogowy MMP CD 0785 DG.  







"Wendigo" na Discogs nie ma. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz