czwartek, 5 października 2017

Album do kotleta.

Satyricon. Bez wątpienia legenda i zespół bardzo zasłużony dla black metalowej sceny. To przecież ich „Nemesis Divina” uważana jest za płytę, która wyniosła black na kolejny poziom. To właśnie na tym albumie znajduje się największy hymn północy - „Mother North” (o nim tutaj). Ale zarazem – kierunek obrany po trzecim albumie i to co generalnie stało się z black metalem po przełomowym „Nemesis...” to też Satyricon, w tym też swój udział mieli. Niechlubny, niestety. Kolejne płyty są dla mnie kompletnie nie do zaakceptowania. Stali się dla mnie jednym z tych norweskich zespołów, które z lasu poszły w wielkie miasta a nawet gmachy oper, porzucając pierwotne ideały. Dla jednych to pewnie jakieś wizjonerstwo, dla mnie zwykła zdrada. W pewnych rzeczach jestem bardzo konserwatywny.





Ktoś może nazwać to zacofaniem, czy ślepym trwaniem przy czymś, co już dawno nie istnieje. Kicham to, bo mi z takim podejściem dobrze. Black metal, to ma być black metal i dlatego po "Nemesis Divina" się rozstaliśmy. No ale mamy 2017 rok i norweski duet właśnie wydał kolejny album. Dziewiąty longplej nosi tytuł „Deep Calleth Upon Deep” i jeszcze zanim się na dobre ukazał, już rozpętał lekką burzę. Poszło o okładkę, czyli dzieło Muncha z 1899 roku zatytułowane „Kiss of death”. Kompletnie nie wiem o co ten szum był, bo rysunek bardzo ładny, wykonany przez bardzo zasłużonego artystę. Nawet ja nie spodziewałem się kolejnego „arcydzieła” w stylu „Dark Medieval Times” czy „Shadowthrone”, tym bardziej nie rozumiem więc tego oburzenia i tym bardziej okładka „Deep Calleth Upon Deep” mi się podoba. Jak zresztą cała oprawa graficzna płyty utrzymana w czerni i bieli. No dobra, poza okładką coś jeszcze ta płyta zawiera, na przykład teksty. Tu odnoszę wrażenie, że Satyr poszedł na łatwiznę. Lyriki są oszczędne, proste i dość chwytliwe. Nie zauważyłem by niosły ze sobą coś więcej niż tylko chęć łatwego przyswojenia przez publikę. Nawet w takim „To your brethren in the dark”, który mógłby być naprawdę swego rodzaju hymnem, tekst jest spłycony, zbyt lapidarny i, odnoszę wrażenie, celowo prosty. Chodzi o to, by pojęli go praktycznie wszyscy bez większego wysiłku. I to samo można odnieść do muzyki. Tak, Satyricon wreszcie nagrał album, który mi się podoba. Którego słucham z przyjemnością, który trochę tchnie duchem starych nagrań. Są tu nawet riffy ewidentnie nawiązujące do starszych dokonań, momentami do ludowych patentów. Fajnie to wszystko jest skonstruowane, jest tylko jeden problem. „Deep Calleth Upon Deep” to black metal dla mas. Oczywiście, sam sobie przeczę, bo dla mas to może być pop, ale mam nieodparte wrażenie, że tym albumem Satyr i Frost chcieli zadowolić wszystkich. Blackowych wyjadaczy takich jak ja złapać na wędkę tchnienia starych dzieł, klimatu lasu i kilku oczywistych zabiegów tekstowych przywołujących wspomnienia. Cała reszta w postaci marchewki dostaje album absolutnie wygładzony, łatwy w odbiorze, bez nadmiaru agresji, melodyjny i pięknie brzmiący. To taki niby black metal, dzięki któremu fani tych wszystkich new metalowych kup będą o sobie mogli pomyśleć – kurde, ale jestem zły, słucham Satyricon. 

Tak, Satyricon nagrał album, który mi się podoba. Tak, nagrał album, którego słucha mi się przyjemnie. Mogę podczas słuchania opróżniać bądź ładować zmywarkę, odkurzać, oglądać mecz czy jeść kotleta. Bo ten album nie wymaga skupienia, on po prostu ma umilać życie. I tak czyni. 

Ocena: 7/10

Satyricon - „Deep Calleth Upon Deep”. Napalm Records, 2017 rok, numer katalogowy NPR 751 JC.








"Deep Calleth Upon Deep" na Discogs:

2 komentarze:

  1. Dokładnie tak. Black już nie jest muzyka niszowa to trend... zjawisko które przyciąga młodzież.... tak starcza.. . Czasy się zmieniły, ale czy na lepsze?

    OdpowiedzUsuń
  2. Wg mnie na gorsze, ale nadal na szczęście jest sporo dobrych zespołów.

    OdpowiedzUsuń