czwartek, 3 sierpnia 2017

Z przeszłości w przyszłość.

To jedna z tych płyt, która jak ulał pasuje do nazwy bloga. Jak się nad tym głębiej zastanowić, to nie jest to nawet kwestia samej płyty, ale całego zespołu. Ta płyta to spięcie pewnej historii, połączenie przeszłości z przyszłością. Fakt, symboliczne, ale także jakościowe. Kanadyjski Infernal Majesty powrócił z niebytu muzycznego i najnowszym albumem pokazuje, że jest przed nimi jeszcze przyszłość muzyczna na wysokim poziomie. Że drzemiący przez lata potencjał nie zmarniał i panowie z Toronto wciąż mają coś do powiedzenia.


Infernal Majesty w 1987 roku...


Minęło trzynaście lat od ostatniego długograja, dziesięć od EPki wydanej własnej sumptem. Swoją drogą, jak taki zespół musi coś wydawać własnym kosztem, to coś chyba jest nie tak. Właśnie, jaki zespół? Pisze o nich a wielu z Was pewnie już wertuje internet w poszukiwaniu tej nazwy. Cóż, nie ma się co dziwić, Infernal Majesty nigdy do tuzów metalu nie należał. Wydali świetny, naprawdę świetny debiut, ale było to w 1987 roku. Od tamtej pory, aż do dnia dzisiejszego, światło dzienne ujrzały cztery pełne albumy i trochę pomniejszych wydawnictw. To nie dużo, prawda? Stąd nie wszyscy muszą ich kojarzyć. Poza tym, Kanadyjczycy debiutem zawiesili sobie poprzeczkę bardzo wysoko i ciągnie się za nimi ta przeszłość nieubłaganie. Czasami nie jest dobrze za szybko osiągnąć szczyt własnej twórczości a mam nieodparte wrażenie, że tak właśnie było. To wszystko mogło spowodować niewielką rozpoznawalność samego zespołu oraz utożsamianie go z pierwszym albumem. Mam jednak przeczucie, że wydany w tym roku „No God” może to zmienić.


...i dziś, choć tu akurat nie w komplecie


Skład zespołu uległ zmianie, uległa też delikatnie muzyka. Jest po prostu dojrzalsza. No ale trudno się dziwić – po tylu latach to nawet średnio rozgarnięty chłopek zrozumie, że dwa plus dwa to cztery. Nie zmieniło się jedno – Kanadyjczycy wciąż dają ognia. Dostosowali się w zakresie brzmienia, zastosowali nowsze aranżacje ale ładunek energii pozostał. Pozostał też ten piekielny powiew i klimat, pokazując, że nazwa zespołu wciąż jest jak najbardziej aktualna. Swoje lata panowie na karku mają ale rozumieją doskonale o co w metalu chodzi. Serwują nam ten swój piekielny thrash ze świeżością nastolatków i werwą godną linii ataku nowozelandzkiej drużyny rugby. Ewentualnie kanadyjskich hokeistów. Płyta, pomimo kilku wolniejszych fragmentów, gna przed siebie i nie nudzi. To wg mnie zasługa talentu muzyków oraz nagromadzonych przez lata pomysłów. Nie jest dziś łatwo o ciekawy album w takiej stylistyce (powiedzmy sobie szczerze, Infernal Majesty czystego thrashu nie wykonuje) a panom z Toronto się to udało. Nie jest to z drugiej strony dzieło wybitne, ale na pewno solidny fundament dla przyszłych dokonań. Oby tylko zaczęli wreszcie regularnie nagrywać i wydawać. 


Ocena: 8/10


Infernal Majesty - „No God”. High Roller Records, 2017 rok, numer katalogowy HRR 537 CD.








"No God" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz