poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Norweska elegancja.

Norweski black metal upadł dawno temu. Znajdą się tacy, którzy powiedzą, że słowo „upadł” to za wiele, że jest za mocne. Niestety, patrząc na jego siłę w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych a następnie na szybkość z jaką zjechał w niebyt jakościowy, słowa o upadku są jak najbardziej na miejscu. Pisałem już zresztą o tym przy okazji płyty Gjendod (tutaj), nie będę się więc powtarzał. Na szczęście, tak jak w przypadku Gjendod właśnie, bohaterowie dzisiejszego tekstu także niosą światło nadziei na powrót Norwegii. Powrót do czasów, gdy każda płyta opuszczająca fiordy, wywoływała falę entuzjazmu i niezdrowe palpitacje serca. Swoją drogą, jak popatrzymy na potęgę potencjału jaki drzemał w norweskiej scenie, to aż niewiarygodnym wydaje się, że tak szybko zgasła. Z drugiej strony najsilniejsze burze są najkrótsze. No, ale dość tych wspominek i akademickich przemyśleń. Wracamy do rzeczywistości a ta w swej łaskawości przynosi nam Whoredom Rife. Do niedawna nawet o nich nie słyszałem, teraz wiem, że to duet z Trondheim. Wydali EPkę w 2016 roku a w tym debiutują długograjem. I jest to debiut bardzo udany.





„Dommedagskvad” to trzydzieści siedem minut podzielonych na siedem utworów. Bez wątpienia to album black metalowy, jednak nie jest to black z lasu, jak choćby Gjendod. Whoredom Rife gra black metal elegancki, z klasą i trochę operowo – teatralnym zacięciem. Nie wyraża się to jednak w instrumentarium, czy aranżacjach a po prostu w klimacie tego materiału. Jest dostojny i wzniosły, bliższy salom koncertowym niż zatęchłym piwnicom. Ktoś kiedyś ukuł określenie „symfoniczny black metal” i gdyby na siłę szukać określenia muzyki duetu z Trondheim, od biedy można by ich do tego nurtu zaliczyć. Na szczęście jednak Norwegowie nie popadają w patos i śmieszność. Ich muzyka jest elegancka, ale brutalna jednocześnie. Znajdziemy tu masę dużych prędkości, ostrych melodii tnących jak lód oraz ten nieuchwytny północny klimat, który zawsze wyróżnia płyty z tamtego rejonu. Generalnie jest to więc typowa norweska płyta black metalowa, po prostu ładniej podana. Słucha się tego z mocnym nostalgicznym pierwiastkiem i poczuciem powrotu czegoś ważnego, czegoś co kiedyś dawało nam tyle radości i niezapomnianych muzycznych doznań. Unikam podawania przykładów podobnych artystów, bo uważam, że to nikomu nie potrzebne, ale wierzcie mi – odniesień do starej Norwegii jest sporo a kilka nazw nasuwa się automatycznie od pierwszych minut tego albumu. Bardzo dobrych nazw, więc bez obaw. 


Płyta jest bardzo ładnie wydana


Nie mam zamiaru popadać w przesadny entuzjazm i szaleć z radości nad tym albumem, bo powiedzmy sobie szczerze – na tle sceny francuskiej, fińskiej czy polskiej, Norwegia w tej chwili wypada blado i tym jednym albumem, choć bardzo dobrym, na pewno nie zawojuje Świata. Jest to jednak promyk nadziei, i ja się go złapię, bo zawsze ceniłem tę północną krainę i z przykrością patrzyłem na jej upadek. Tym przyjemniej będzie patrzeć na jej odrodzenie. Mam nadzieję, że Whoredom Rife wezmą w tym procesie udział. Jeśli tylko utrzymają poziom, nie będą to nadzieje płonne a po prostu rzeczywistość. Tak trzymać. 

Ocena: 8/10


Whoredom Rife - „Dommedagskvad”. Terratur Possessions, 2017 rok, numer katalogowy Voice 066.








"Dommedagskvad" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz