czwartek, 27 lipca 2017

Niewolnik francuskiego kozła.

Byłem kiedyś w parku dzikich zwierząt (choć oczywiście były trochę oswojone). Był tam kozioł. Podszedł, chciał chyba porozmawiać o szatanie. Oczywiście się zgodziłem, bo był bardzo przekonujący. Te jego rogi, broda i dostojny krok. Uległem jego czarowi, choć pewne moje podejrzenia wzbudziło jego nerwowe szuranie łapą w ziemi. Nie wiedziałem o co chodzi, ale wreszcie przestałem o tym myśleć. Rozstaliśmy się zadowoleni z konwersacji i każdy poszedł w swoją stronę. Kątem oka dostrzegłem, że rozpoczął konwersację z grupką zakonnic. Ja wróciłem do domu i po jakimś czasie odebrałem na poczcie przesyłkę. W środku była płyta francuskiego Goatslave. Wrzuciłem do odtwarzacza i zrozumiałem czemu on wtedy tak nerwowo szurał kopytem. Wiedział, że nie jest najbardziej przekonującym kozłem na Świecie.


Zespół to duet, reszta to pewnie koledzy od wódki ;)


Goatslave to co prawda nie kozioł a w wolnym tłumaczeniu „niewolnik kozła”. Na pewno jednak nie tego z parku zwierząt, stanowczo jakiegoś potężniejszego. No i w dodatku francuskiego, więc wiecie, styl i szyk! Francja elegancja i paryska moda. No dobra, zagalopowałem się, Goatslave nie ma z tym nic wspólnego. Kompletnie. Jest brudny, chamski, odrażający i bluźnierczy. Ale jak pięknie gra! Uległem jego czarowi na wiele przesłuchań. Francuzi grają dość popularny gatunek, czyli black/thrash, w którym to łatwo o nudę i zjadanie własnego ogona. Postanowili więc doprawić swoją muzykę szczyptą death metalu (głównie wokale) oraz zróżnicować ją najbardziej jak się da. I udało im się to wyśmienicie. Nie ma tu grania na jedno kopyto, powtarzania tych samych patentów. Ta płyta nie nudzi nawet na chwilę. Jest tu cała masa smaczków, które można wyłapywać w nieskończoność a przywołują one na myśl przeszłość gatunku. Takie jakby mrugnięcia okiem do tego co było. Ale zaraz potem Goatslave atakuje z furią całkowicie swoimi riffami i aranżacjami by zmieść nas z podłogi. Generalnie znajdziemy tu i rasowy death metal, i czysty black i stary thrash, po piekielny rock'n'roll. Do tego smoliste acz w miarę selektywne brzmienie i pogłębiający atmosferę mroku głęboki wokal. Gdy już o nim mowa – jedyna rzecz jakiej mi tu brakuje to większego zróżnicowania właśnie wokali. No, ale nie można mieć wszystkiego. Panowie i tak dostarczyli nam kawał świetnego grania i wiele zespołów siedzących w tym stylu powinno sobie tej płyty posłuchać. Choćby taki Possession, który bardzo mocno zawiódł. 

„Procession of Doom” miała premierę w 2016 roku, więc oceny w cyferkach nie będzie, ale gdyby miała być, byłaby naprawdę wysoka. Może 666/666? A może skonsultuję to z jakimś kozłem?

Goatslave - „Procession of Doom”. Atavism Records, 2016 rok, numer katalogowy ARV002.







"Procession of Doom" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz