poniedziałek, 10 lipca 2017

Czarne chmury nad Estonią.

Estonia to kraj z trudną przeszłością. Długo nie było go na mapach Europy a kiedy już na nie wrócił, szybko pojawiła się bestia ze wschodu i połknęła ten niewielki, bałtycki kraj. Dla wielu Estończyków jedynym ratunkiem i nadzieją na wolność wydawał się być niemiecki mundur. Ten sam, którego tak nienawidzimy my Polacy, dla nich znaczył zupełnie co innego. Jeśli komuś łatwo przyjdzie oceniać to negatywnie, niech wspomni naszą historię – też innym zawierzaliśmy sprawę naszej niepodległości i nawet śpiewamy o tym w hymnie. Loits, zespół z Tallinna, zakłada ten mundur i na swoich trzech albumach opowiada nam o skomplikowanej historii swego kraju. 

Muzyków Loits ten mundur nie uwiera ani nie hańbi. Dla nich to najlepsza możliwa droga, by przekazać nam przesłanie o historii Estonii. Trudnej, bo przecież szybko okazało się, że ten mundur im całkowitej wolności nie zwróci (skąd my to znamy?), mógł jednak zrzucić jarzmo sowieckiej okupacji a znając historyczne łączniki Estonii z Niemcami, Skandynawią, Prusami, wybór był prosty. Pomimo tego, nie są to rzeczy, które wszystkim przychodzą łatwo, ale ponieważ znam historię mego kraju, ze zrozumieniem patrzę na Estończyków. Wolność to największa wartość. I o tym wszystkim, choć nie tylko, opowiada Loits na swoich trzech pełnych albumach i sporej ilości pomniejszych wydawnictw. 


Opowieści muzyczne i wizualne

Na tamtejszej scenie to zespół legenda, grają już od około dwudziestu lat. Posiadam ich dwa albumy, debiut oraz jego następcę, którego właśnie postanowiłem Wam zaprezentować. To najlepszy wybór biorąc pod uwagę opinię wokalisty zespołu, który twierdzi, że to właśnie na „Vere Kutse Kohustab” znajduje się najlepsze oddanie i zdefiniowanie stylu zespołu, który sam swoją muzykę określa jako Flak’N’Roll.  Cóż to takiego? Posłuchajcie płyty! A poważnie – struktura, budowa i kompozycje utworów przywodzą na myśl Black metal i rzekłbym, że to fundament Loits. Aranżacje jednak, brzmienie i wszelkie możliwe smaczki to już zupełnie inna historia będąca wypadkową wielu styli metalu. Do tego dostajemy zróżnicowane wokale, dawkę bardzo ciekawych klawiszy niejednokrotnie użytych w sposób mocno niestandardowy dla metalu. Finalny efekt to metal ciekawy, jednocześnie prosty i złożony, bogaty aranżacyjnie i bardzo mocno uzależniony od emocji oraz tekstu. Tu treść jest naprawdę ważna i muzyka bardzo często podąża za nią. Wokale są po estońsku, teksty też (na szczęście wkładka płyty zaopatrzona jest w angielskie tłumaczenia) i naprawdę polecam się z nimi zapoznać. Tu nie ma przypadkowości, Loits z rozmysłem snują te swoje opowieści historyczne, czasami smutne, czasami podniosłe, ale zawsze szczere i przekonywujące. Po prostu autentyczne. 


Zespół w okresie drugiego albumu

„Vere Kutse Kohustab” z 2004 roku to bardzo dobry materiał, który powinien odbić się dużo szerszym echem. Niestety, są ludzie, którzy na widok niemieckiego munduru z okresu Drugiej Wojny Światowej, dostają apopleksji i nie zadają sobie nawet trudu by pewne historyczne zawiłości poznać, że już o zrozumieniu nie wspominam. Oczywiście płytę można kupić w kilku naszych distrach (podobno w Niemczech są zakazani), tak więc szczerze polecam. I choć sam zespół istnieje od dawna, to jest dla mnie jednym z większych odkryć tego roku. Teraz przede mną mozolne kompletowanie dyskografii a tym samym grzebanie w historii małego kraju, którego stolica mnie zachwyciła. Chętnie znowu się tam wybiorę a przy okazji, kto wie – może jakiś koncert Loits?

Loits - "Vere Kutse Kohustab". Ledo Takas Records, 2005 rok, numer katalogowy Leta016CD.






"Vere Kutse Kohustab" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz