poniedziałek, 26 czerwca 2017

Tylko metal.


Do kroćset, jak ja lubię takie materiały! Proste, szybkie i z ogromną dawką energii. Kompletnie nie oryginalne, oklepane i osłuchane. Nie silące się na pieron wie jakie metafory, przenośnie, onomatopeje i inne wymyślności typu plątańce zawirowańce i klawiszowo smyczkowe plumkania. Materiały, które choć wydają się być doskonale znane, bo każdy riff już gdzieś był, dają masę radości podczas słuchania. Bo mają w sobie pierwotną moc i energię metalu. Młodzieńcze szaleństwo i brak jakichkolwiek norm poza jedną – ma być szybko i głośno! Ma być ostro i mocno, bo to metal do cholery a jak wiadomo metal to nie rurki z kremem. W czasach gdy hipsterzy chodzą na tak zwane koncerty black metalowe, gdy niektóre zespoły (jest kilka ciekawych, nie przeczę) silą się na tworzenie muzycznego dzieła sztuki w typie poplątańców i bohomazów sztuki nowoczesnej, takie wydawnictwa są na wagę złota. Szczególnie, gdy tworzą je młodzi ludzie, nie noszący grzecznych fryzur i spodni do kostki. Starszym prykom gęba się śmieje, bo to jak powrót do starych dobrych lat. Do czasów, gdy metal był metalem, o czym niektórzy już zapomnieli.


Warszawski Armagh pamięta. To młody zespół tworzony przez młodych ludzi, który wydał jak dotąd jeden materiał – EP „Venomous Frost”. I bawi mnie on od kilku dni nie chcąc odpuścić. Armagh bez żadnych kompleksów wymiata jak kapela z lat osiemdziesiątych, świetnie łącząc heavy z blackiem i thrashem, z naciskiem na ten ostatni gatunek. Ale nie widzę szczerze mówiąc większego sensu w jakimś dokładniejszym definiowaniu ich muzyki, bo „Venomous Frost” to po prostu metal. Czysty, kopiący tyłek metal. Jestem pewien, że świetnie sprawdza się koncertowo, niestety nie było mi dane chłopaków zobaczyć na scenie. Pierwszy materiał Warszawiaków to rzecz spójna, nawet biorąc pod uwagę obecność elementu ludowego rodem z Irlandii (nie zdradzę, który to numer, ale nie trudno się domyślić) oraz cover Bathory. Wszystko tu się zgadza, łącznie z tekstami, pseudonimami muzyków, użytą czcionką itd. Klasyka klasyki, choć z 2016 roku.

Kompletnie nie przeszkadza mi, że nic na tym materiale odkrywczego nie znajdziemy. Czerpię radość z jego słuchania, w zupełności nie zwracając uwagi na użyte tu kalki, bo wszystko razem złożone do kupy tchnie świeżością i energią. Poza tym, czego oczekiwać po metalu? Kopa i ciosu w ryj? Jeśli tak, to Armagh funduje to z nawiązką. Polecam z czystym sumieniem. 

Płyta ukazała się w 2016 roku, w dwóch wersjach. Limitowane do 200 sztuk wydanie przez sam zespół oraz trochę później pod szyldem Third Eye Temple. Ja posiadam to pierwsze, co cieszy z wiadomych względów. Kupcie jakiekolwiek – grają na obu tak samo dobrze. 


Armagh - „Venomous Frost”. Wydanie zespołu, 2016 rok, numer FWO 666-1.








"Venomous Frost" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz