środa, 3 maja 2017

Tam, gdzie kończy się życie.


Wszystko się kiedyś kończy. Nic nie trwa wiecznie bo przecież wszystko co dokoła nas jest naszym wytworem a człowiek przemija. Nic nie trwa wiecznie, nawet to co w nas, bo przecież człowiek umiera. Pociąg życia toczy się powoli po nierównych szynach i wcale nie jest powiedziane, że dotrzemy do ostatniej stacji. Wielu wysiada na wcześniejszych a przecież nawet ci, którym będzie dane dotrzeć do ostatniej, wiedzą, że kolejnej już nie będzie. Wiedzą, że wszystko się skończy ale nikt nie wie co będzie potem. I dlatego wielu tak bardzo boi się śmierci. A ona jest nieuchronna, wisi nad nami od urodzenia. Są tacy, którzy twierdzą, że śmierć to dopiero początek. Inni przekonują, że koniec wszystkiego. Tak naprawdę tam gdzie kończy się życie, jest tylko jedna wielka tajemnica. Każdy z nas ją pozna, ale nikomu nie opowie. 


Chciałem ten tekst zacząć bardziej optymistycznym wstępem, ale biorąc pod uwagę płytę o której on traktuje, nie było to możliwe. Szwedzki projekt Deadlife nie daje nadziei. Ostatnia płyta zatytułowana „Where life ends” to, poza jednym utworem, podróż przez depresyjne uczucie beznadziei i smutku. To doświadczenie nieuchronności losu oraz pogodzenie się z nim. To przyznanie, że ludzkich uczuć już nie ma, że Słońce umarło a niebieskiego nieba już nie zobaczymy. „Where life ends” to płyta, której nigdzie się nie spieszy. Zabija nas tym swoim ślamazarnym tempem, smutnymi melodiami i potępieńczymi wokalami. Wciąga nas w podróż, której wcale nie chcemy odbyć choć tak naprawdę już jesteśmy jej uczestnikami. Zaciąga nas siłą przed lustro i krzyczy – „umrzesz!”. Odziera z wszelkich złudzeń i nie pozostawia wątpliwości co do naszego losu. Wszystko jest tu spójne, począwszy od nazwy zespołu (choć to tylko jeden człowiek), przez tytuł płyty, po tytuły utworów, które są wręcz urocze. Generalnie nie jest to płyta, której można słuchać w ciągu dnia, prowadząc jakieś inne czynności. Świetnie natomiast sprawdza się wieczorem, przed spaniem, w ciemności. W takich właśnie warunkach trafiła do mnie w pełni. Muzyka wolno sączy się z głośników atakując swym smutkiem tworząc dobry klimat do spokojnych przemyśleń. 




Za ten depresyjny materiał i cały projekt odpowiedzialny jest jeden człowiek, Rafn. Tego Szweda znamy już choćby z Hermodr (o którym tu i tu). O ile jednak ten ostatni twór jest relatywnie melodyjny, momentami radosny i epicki, o tyle Deadlife to stanowczo inne oblicze naszego bohatera. Słychać podobieństwa ale przejawiają się one w budowaniu nastroju, aranżacjach i strukturze utworów. Klimat jest zupełnie inny. Zastanawia mnie czy ten facet robi cokolwiek innego w życiu poza muzyką. Szybkie spojrzenie na dorobek wydawniczy Deadlife i Hermodr no i szczęka opada. W sumie to dziesięć albumów, dwa dema, siedemnaście EPek, oraz spora liczba splitów. I to wszystko od 2011 roku! Przy takim nagromadzeniu materiałów trudno uniknąć podobieństw, szczególnie, że Rafn ma swój ulubiony styl i to wyraźnie słychać. Nie zmienia to faktu, że większość z tych wydawnictw jest naprawdę ciekawa. Do mnie jego twórczość trafia, choć wiem, że „Where life ends” nie będę często słuchał, bo wymaga nastroju i okoliczności. Ale wiem też, że zbliża się kolejny album Hermodr a to cieszy. 

Ocena: 7/10


Deadlife – „Where life ends”. Wolfspell Records, 2017 rok, numer katalogowy Spell 048. 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz