poniedziałek, 8 maja 2017

Piekielna kanonada.

Medialna wrzawa i poruszenie w internetowej społeczności metaluchów, związana z premierą kolejnego krążka Azarath, była tak duża, że chcąc nie chcąc musiała zwrócić moją uwagę. I zwróciła na tyle skutecznie, że „In Extremis” wylądował u mnie na półce (wcześniej oczywiście w odtwarzaczu). Azarath nigdy nie był dla mnie jakimś wybitnym zespołem i nie potrafiłem zachwycać się ich wcześniejszymi dokonaniami, poza tym kazali nam czekać na najnowszy album sześć lat. To wszystko spowodowało, że kompletnie o nich zapomniałem. No ale od czego jest fejsik i niezawodni znajomi/wytwórnie/blogi/grupy (niepotrzebne skreślić)? No i tak mnie bombardowali tym Azarathem, że się skusiłem. Co prawda 20 dni po premierze, ale finalnie krążek znalazł się w moich rękach. Lepiej późno niż wcale? Tak, w tym przypadku jak najbardziej i wiedziałem to już po pierwszym utworze.



Azarath nie ma litości i od pierwszych sekund bombarduje. Nie ma tu żadnej niepotrzebnej zabawy w półśrodki, przenośnie, budowanie klimatu czy łagodzenie wizerunku by skusić mniej ekstremalnych fanów. Jest atak, nalot, systematyczne dewastowanie i obracanie w proch i pył jaźni słuchacza, demolowanie jego wnętrza dokonywane z bezlitosnym uśmiechem. Wszystko to jednak jest bardzo przemyślane i nie ma na tym albumie zbyt wiele spontaniczności i dzikości. Jakby wszystko było pozamykane w dobrze opisanych szufladach, które otwiera się wg z góry nakreślonego planu. Czy to źle? Nie, bo Azarath robi to w sposób bardzo przekonujący przykrywając wszystko bardzo dużą dawką agresji. Skondensowanej w potężnej perkusji, którą wspierają ściany gitar. Ściany twarde, mocne ale zarazem chytrze przemycające nieoczywiste riffy i patenty z obszarów black metalu. Nie ma wątpliwości, że to płyta death metalowa ale aż kipi piekłem i siarką i tchnie blackowym duchem. „In Extremis” ciężko rozbić na poszczególne utwory, jej budowa jest bardzo zwarta i wręcz głupio byłoby coś z tej konstrukcji wyróżnić, bo mogłaby się zawalić. To album zamknięty, to jeden potężny cios i jako całość sprawdza się najlepiej. Są albumy, gdzie znajdziemy wyróżniające się numery i są one „gwiazdami” tych płyt. Tu gwiazdą jest sam album. „In Extremis” to bardzo solidna drużyna, bez liderów i zawodników pierwszego planu.




Wypada choć kilka słów poświęcić wydaniu płyty. O ile sama książeczka zachwyca grafikami (są i takie na foliach), kaligrafią tekstów i generalnie objętością, to już pomysł wlepienia jej do digipacka oceniam jako mocno średni. W tym przypadku lepiej sprawdziłby się standardowy system pakowania. Nie zmienia to faktu, że zawartość robi naprawdę duże wrażenie i należą się brawa. 

„In Extremis” znaczy tyle co „w bardzo trudnej sytuacji”, bądź „w chwili śmierci”. Czy jest to album na takie momenty w życiu? Raczej tak, bo daje kopa takiego, że i nieboszczyk ma szansę ożyć. 

Ocena: 8/10

Azarath - "In Extremis". Agonia Records, 2017 rok, numer katalogowy ARCD162.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz