czwartek, 25 maja 2017

Mój czas w Pieninach.


1996 rok. Wakacje. Obóz wędrowny, Gorce i Pieniny. Piękne okoliczności przyrody (wtedy na zabój zakochałem się w Pieninach), dobre towarzystwo, młodość i wszystkie jej przywileje. Nie zabrakło jednak metalu. Miałem niecałe siedemnaście lat (do grudnia brakowało kilku miesięcy) i metalem żyłem już jak wariat. Każdego dnia chłonąłem go jak gąbka, bo przecież tyle było do odkrycia. Na moje szczęście jeden ze starszych kolegów wędrujących ze mną po górach też był tym wirusem muzycznym zarażony. Poznałem dzięki niemu sporo nowych zespołów, ale jeden utkwił mi w pamięci szczególnie i to z nim wiążę tę wakacyjną przygodę. Grzegorz kilka lat dłużej zgłębiał tajemną wiedzę i miał dostęp do ciekawych wydawnictw. Trochę rzeczy, w postaci kaset, miał ze sobą i bardzo szybko lądowały one w moim łokmenie (takie małe przenośne ustrojstwo do odtwarzania kaset). Jedną z nich była płyta zespołu o nic mi nie mówiącej, wręcz dziwnej nazwie, Fleurety. To była nowość, bo Norwegowie dopiero co wypuścili ją w Świat, ale nie tylko dlatego. Ona była po prostu inna, nowatorska i odkrywcza. Niby Norwegia, niby black metal więc wszystko powinno się zgadzać. A jednak nie, nie zgadzało się i to od pierwszych dźwięków. A właściwie zgadzało się, tylko inaczej. „Min Tid Skall Komme” i Pieniny. Czy można lepiej?


1996, Szczawnica. Na pierwszym planie Grzegorz z gitarą,
w tle biczujący się dla szatana autor tekstu ;)

Po powrocie do Tychów szybko zaopatrzyłem się w kasetę, wydaną przez Morbid Noizz i raz po raz oddawałem się tym szalonym dźwiękom, momentami wręcz chorym, momentami spokojnym i kojącym a czasami po prostu porywającym. Teoretycznie fundamentem jest tu klasyczny norweski black metal, ale to tylko pozory. Panowie odpowiedzialni za to działo musieli czerpać inspiracje z najróżniejszych, nie raz bardzo dalekich gatunków muzycznych. Te połamane konstrukcje, pokrzywione harmonie, nowatorskie aranżacje i zmiany klimatu. Ta płyta wciąga i fascynuje, pozwala się odkrywać na nowo za każdym razem. Bo za każdym razem można coś nowego z niej wyciągnąć. A wtedy, w połowie lat dziewięćdziesiątych, najwięcej było w niej nowatorstwa. Obok debiutu In The Woods (o nim tutaj) powinna to być biblia tych wszystkich hipsterskich black metalowców, ale oni pewnie nawet pojęcia nie mają o takim zespole. I tak jak w przypadku „Heart of Ages”, to pewnie nawet lepiej. 

"Min Tid..." to dla mnie bez wątpienia jedna z najlepszych płyt jakie zrodziła Norwegia.


Kaseta kupiona w 1996 roku, CD w 2017


Sam zespół po tym albumie dla mnie przepadł, bo poszli w bardzo dziwne rejony, ale kaseta z „Min Tid Skall Komme” ciągle często gościła w magnetofonie. Potem zmieniłem nośnik na CD i wiele lat zajęło mi zdobycie tego cudeńka na krążku. Wreszcie mam, co prawda wznowienie ale za to z kilkoma nieznanymi mi wcześniej utworami z epki i promo. Nie zmienia to faktu, że będę polował na pierwsze wydanie, choćby po to by okładka się zgadzała. Jest ona dla mnie wciąż żywym wspomnieniem tamtego okresu i jednym z jego symboli. „Min Tid Skall Komme” znaczy tyle co „mój czas nadejdzie”. No cóż, dla samego zespołu może jednak nie nadszedł tak jak to sobie wyobrażali, ale dla tej płyty czas jest zawsze odpowiedni. I wcale nie trzeba jej słuchać w Pieninach. 

Fleurety - „Min Tid Skall Komme”. Candlelight Records, 2002 rok, numer katalogowy Candle076CD. 







"Min Tid Skall Komme" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz