piątek, 5 maja 2017

Death metalowa poezja.


Death metal. Te dwa słowa są dla mnie ważne od wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Był to pierwszy gatunek, który poznałem po okresie totalnej fascynacji Metallicą. Floryda, Szwecja, Polska. Każdy inny, ale wszędzie wspólne pierwiastki. Death metal na przestrzeni tych lat mocno się zmienił, ale zawsze było w nim coś porywającego. Z sentymentalnego punktu widzenia stare, klasyczne albumy stawiam ponad to co dzieje się teraz, ale patrząc całkowicie obiektywnie, to co się teraz w tym gatunku dzieje jest szalenie ciekawe i wcale nie gorsze. 


Brytyjski death metal. Wiadomo, Bolt Thrower, Benediction i… cisza. W latach dziewięćdziesiątych te dwa zespoły znałem i kochałem. Wspaniałe zespoły ale jednak tylko dwa. Kiedy mówisz death metal nie myślisz o Wyspach. Zaraz, wróć, powinienem napisać w czasie przeszłym. Paradoksalnie, bo przecież Bolt Thrower już nie gra, Benediction ostatni album wydał w 2008 roku co oznacza, że czasy świetności brytyjskiego death metalu to właśnie lata dziewięćdziesiąte. Jest jednak jeden drobny fakt, który powoduje, iż w tej chwili mówiąc death metal mam ogromną ochotę pomyśleć – Brytania. Ten fakt to Cruciamentum i ich album „Charnel Passages”.




Płyta miała premierę w 2015 roku, jednak do mnie dotarła w kwietniu tego roku. Zauważyłem na szczęście, że nie tylko do mnie, bo wielu poznało ją z opóźnieniem. Nie jestem więc ostatnim frajerem, uff. Mam wrażenie że w momencie premiery album nie został należycie dostrzeżony i dopiero po jakimś czasie dzięki internetowemu szumowi dotarł pod strzechy w każdej mieścinie naszego pięknego kraju. Właściwie jest to kompletnie nieistotne, bo nawet gdybym usłyszał ten album za pięć lat cieszyłbym się ,że go w ogóle usłyszałem. Dość powiedzieć, że w tej chwili to dla mnie album 2017 roku, choć ma już prawie dwa lata. Od kilkunastu dni słucham go co najmniej dwa razy dziennie i za każdym, dosłownie każdym przesłuchaniem odkrywam coś nowego. Death metal poszedł ostatnio w rejony mrocznego kosmosu, gęstego przekazu i nawałnicy płynącej prosto z otchłani (choćby wyśmienity Blood Incantation), ale Cruciamentum aż tak daleko nie dociera. Ich korzenie mocno tkwią w klasyce, zarówno brytyjskiej jak i tej z Florydy. Z tych korzeni wyrasta jednak nowe i świeże spojrzenie na death metal, bo wszystko jest tu pokryte tą dzisiejszą nawałnicą z otchłani, tym złowieszczym klimatem duchoty i lepkości, wręcz namacalnego zła. Tego wszystkiego stare klasyczne albumy nie miały. Cruciamentum jest jednak bardziej przejrzyste i klarowne od kilku cenionych dzisiaj zespołów właśnie dzięki silnym korzeniom. Są tu momenty takiej energii i mocy, że włosy aż mi rosną bym mógł nimi zakręcić. Są majestatyczne zwolnienia i szaleństwa wibratorów, tak dobrze znane z przeszłości. Są szalone solówki i motoryka charakterystyczna dla lat dziewięćdziesiątych. Ale wszystko to spowite jest gęstością dzisiejszego brzmienia oblepioną grozą, prawdziwą złowieszczą grozą. Coś cudownego.





Jest jeszcze coś, co wyróżnia ten album. Teksty. Znać w nich ambicję i chęć stworzenia czegoś nietuzinkowego i nieszablonowego. Podkreśla to tylko mistyczność tego albumu i dodaje mu uroku. 

Wielki album, wspaniały materiał. Brytyjski death metal. Cruciamentum. Wystarczą tylko oni. 


Cruciamentum - "Charnel Passages". Profound Lore Records, 2015 rok, numer katalogowy PFL157.









"Charnel Passages" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz