środa, 12 kwietnia 2017

Taniec z gwiazdami.


Ech, Obituary... Ile to już lat się znamy? Będzie ze dwadzieścia cztery, bo poznaliśmy się w 1993 roku. Ja byłem wtedy gówniarzem wkraczającym w świat muzyki, która miała mnie całkowicie pochłonąć. Oni już byli znani, mieli wyrobioną markę. W końcu byli już po premierach swoich trzech pierwszych a zarazem najbardziej ikonicznych i najlepszych albumów. Nie mam cienia wątpliwości, że te płyty są wśród najważniejszych dzieł death metalu, nie tylko lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Szczególny sentyment łączy mnie z trzecią płytą Amerykanów - „The End Complete” (o tym dlaczego – tutaj), ale do dwóch poprzednich również często wracam. Kiedy już się poznaliśmy ze sobą jak bliscy koledzy, oni wydali album numer cztery, który troszkę nas od siebie oddalił, głównie za sprawą tematyki tekstów. Death metal i ochrona środowiska nie idą dla mnie w parze. Chwilę potem nasze drogi rozeszły się całkowicie. Spotkaliśmy się ponownie przy okazji bardzo dobrego albumu „Inked in Blood” wydanego w 2014 roku. To były już inne Obituary, zarówno od tego, co kochałem jak i od tego, czego nie. Bardziej taneczne, rock'n'rollowe i swingujące. Ale z jaką mocą! W zeszłym roku zobaczyłem ich na żywo, dali świetny koncert w Warszawie i moja miłość odżyła. Nie, nie wracam do albumów spomiędzy „World Demise” i „Inked in Blood”, ale bardzo spodobały mi się te ich bujające numery, czyli nowe i jak ja to określam swingujące oblicze.


fot. oficjalna strona zespołu


Właśnie wydali nowy album. Trzeba było czekać aż do tej chwili (jest to ich dziesiąta studyjna płyta) by zatytułowali ją po prostu „Obituary”. No i tańczę. Nie ma siły by przy tym nie poruszać bioderkiem i nie zakręcić nóżką. Jaki to jest feeling a jednocześnie moc! Człowiek kompletnie nieświadomie zaczyna wykonywać dziwne ruchy, by po chwili zorientować się, że właściwie to już od pięciu minut nie siedzi. Świetnie ta płyta buja i w zasadzie w każdej sekundzie zaprasza do zabawy. Trafimy tu na zwolnienia, no ale panowie mają je w DNA, więc trudno się dziwić. Dziewięćdziesiąt procent tego materiału to jednak swingujący death metal doprawiony rock'n'rollem i podany w sosie a'la Celtic Frost (co akurat zaskoczeniem nie jest). Bardzo wyraźny to sos, momentami wręcz przenika do tego kawałka mięcha stanowiącego główne danie, ale hej! - to przecież Celtic Frost więc komu to przeszkadza? No i ten charakterystyczny, niesamowity wokal Johna Tardy. Gdyby ktoś mnie obudził o drugiej nad ranem i puścił jedno słowo wyryczanego przez tego faceta, nie pomyliłbym się. Ten głos to dla mnie jedna z ikon gatunku, obok choćby riffów Morbid Angel czy tekstów Cannibal Corpse. Świetnie się tego nowego albumu słucha – każdego kawałka osobno i jako całości. Mam wydanie z bonusowym utworem, nie wiem czy tak jest na każdym (bo i takie zabiegi się ostatnio widuje) więc jeśli go nie macie, dorwijcie. Bardzo dobry numer. No i ten ósmy „Turned to stone” - jaki to jest hołd dla trzech pierwszych albumów! Palce lizać!

Kupować, odpalać i ruszać w tany. Metalowy taniec z gwiazdami czeka. Zbyszek Wodecki pewnie by im nawet szóstki nie dał (o trzech nie wspomnę), ale to tylko dobrze o tym albumie świadczy. 

Ocena: 9/10


Jazda!


Obituary - „Obituary”. Relapse Records, 2017 rok, numer katalogowy RR7370. 







"Obituary" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz