piątek, 21 kwietnia 2017

Różowy dzwon.


Dziś nie będzie o metalu. Pomyślałem sobie, że czas wreszcie napisać coś o zespole, który nawet o metal nie zahacza a znaczy dla mnie bardzo wiele. Od samego rana chodziła za mną jedna z ich płyt i gdy już wróciłem do domu, dopadła. Sama wskoczyła do odtwarzacza i się kręci. Gdzieś już pisałem, że poza metalem słucham choćby muzyki klasycznej ale też dobrego rocka. Zamyka się to w kilku raptem zespołach, ale za to gigantach. Jednym z nich jest Pink Floyd. Moja największa poza metalowa miłość muzyczna. Co ciekawe, pomimo iż z metalem nie mają nic wspólnego (poza instrumentarium), znam wielu kochających i metal i Floydów. Cóż, ich muzyka jest uniwersalna, świetnie zagrana i często bardzo refleksyjna a to ostatnie do romantycznych metalowych dusz pewnie łatwo trafia. I dobrze, bo Anglicy są warci każdej minuty z nimi spędzonej i każdej złotówki wydanej na ich nagrania (znam ludzi wydających naprawdę sporo – pozdrowienia Adam). 





Nie będzie to jednak tekst o jednej z ikonicznych płyt, takich jak „The Wall” czy „Dark Side of the Moon”. Są wspaniałe, nie przeczę. Jest jednak jedna taka, do której mam szczególny sentyment i chyba od niej zaczęła się tak na poważnie moja przygoda z Pink Floyd. Mowa o „The Division Bell”. To ona właśnie tak za mną chodziła i to jej w tej chwili słucham. To ją dostałem na gwiazdkę od rodziców w latach dziewięćdziesiątych (1995 lub 1996) i był to mój pierwszy CD Anglików. To z niej przetłumaczyłem wszystkie teksty i nawet to wydrukowałem, z czego skorzystało kilka osób To tu jest genialny, mistrzowski instrumentalny „Marooned”, gdzie tak przeze mnie ukochana „gitara Gilmoura” pokazuje na co ją stać. Zresztą, to jak ten facet gra, zasługuje na osobny tekst. To na tym albumie jest niesamowicie refleksyjny „High Hopes”, który przy każdym przesłuchaniu wprowadza mnie w nostalgiczny nastrój i to tu jest przebojowy „Take It Back”, przedstawiciel (jak sam to na swoje potrzeby określam) „szybkich Floydów” - a ja bardzo lubię, kiedy grają szybciej, bo to też wychodzi im wyśmienicie. To album doskonały aranżacyjnie i kompozycyjnie, no ale czego się spodziewać, nie ma sensu pisać tu banałów. Dość powiedzieć, że kocham go już wiele lat i za każdym razem gdy wracam, pamiętam gdy znalazłem go pod choinką. 

Zdaję sobie sprawę, że o Floydach można napisać wiele (a jeszcze więcej już napisano) i to nie koniecznie zaczynając od tego albumu. W swoim dorobku posiadają dużo bardziej uznane płyty, które oczywiście też bardzo lubię, wręcz wielbię. Ale cóż, takie to życie przewrotne i dla mnie to właśnie „The Division Bell” był, jest i będzie na pierwszym miejscu. Od niego zacząłem w swym muzycznym życiu, od niego zacząłem na blogu. Ponieważ jednak pisać nie przestaję, wrócę jeszcze do Anglików i pochylę się nad choćby takim „The Wall”, bo dzieło to przecież wielkie. Tylko czy podołam? Nic to, w tej chwili bij różowy dzwonie, właśnie zaczyna się „High Hopes”, czyli czas już się z Wami pożegnać. 

Przez długi czas posiadałem pierwsze wydanie (to to spod choinki), ale niestety komuś pożyczyłem i już nie wróciło. Teraz mam wznowienie w digipacku, ale jest cudowne, więc nie płaczę. 


Pink Floyd - „The Division Bell”. EMI 2011 rok, numer katalogowy 5099902896120.









"The Division Bell" na Discogs:

2 komentarze:

  1. Dobry tekst, dziękuję pozdrowienia. Także uwielbiam "The Division Bell" i ten własnie, czternasty album PF jest dla mnie ich ostatnim. "The Endless River" to zaledwie średnio udany PS. Moimi ulubionymi utworami z tej płyty są "What Do You Want From Me?" a uwagi na gniewny ton tekstu opisującego relację, która poszła nie tak. "Poles Apart", po raz kolejny nawiązujący do konfliktu z Watersem, "Wearing the Inside Out" gdyż zawsze miałem słabość do bajkowego, miękkiego głosu Richarda Wrighta no i "Lost for Words" za całokształt. Z pewnością nie jest to album w 100% doskonały ale nie mniej będący po raz pierwszy od 1975 roku, od sesji do "Wish You Were Here" owocem wspólnego wkładu kompozycyjnego wszystkich członków zespołów, dzięki czemu chwilami brzmi jak prawdziwy, stary Floyd. Ja posiadam oryginalną kasetę magnetofonową EMI z 1994 roku, identyczny do Twojego digipack a za moment trafi w moje ręce podwójny winyl wydany w nowej kampanii wznowień na płytach gramofonowych właśnie.

    OdpowiedzUsuń