czwartek, 27 kwietnia 2017

Płock, czyli królestwo death metalu (część druga).


Nasz piękny nadwiślański kraj zawsze był mocny na polu death metalu. Wystarczy wspomnieć takie nazwy jak Vader, Damnation, Armagedon, Betrayer czy (wspaniały i wielki) Imperator. Lista mogłaby być długa, ale nie będę Wam truł o rzeczach oczywistych. W tej chwili nadal trzymamy się mocno, choć większość z tych dawnych legend już nie gra. Ale miał kto przejąć pałeczkę i muszę przyznać, że w kilku wypadkach młodzi przerośli starych. Jednym z takich przykładów niewątpliwie jest płocki Kingdom. W ubiegłym roku wydali doskonały wręcz, trzeci album w swej dyskografii (o nim tutaj). Moja z nimi przygoda i znajomość na dobre rozgorzała właśnie wtedy. Jasne, znałem dwójkę, choć nie posiadałem CD (co szybko zostało nadrobione), natomiast debiut ominął mnie kompletnie. Do ostatniego piątku. Udało mi się na allegro wylicytować ją w przystępnej cenie (limit 750 sztuk z 2008 roku, tym bardziej cieszy) i właśnie w ostatni piątek wylądowała w moim odtwarzaczu. A zaraz po niej dwa kolejne albumy. Zrobiłem sobie taki przekrojowy wieczór i powiem Wam jedno – jest to wielka trójka polskiego death metalu. Szczerze mówiąc nie tylko polskiego. 


Wielka trójka


Z jednej strony fajnie gdy zespół ma na koncie tylko trzy płyty, bo można spokojnie je przesłuchać w jednym ciągu, z drugiej strony szkoda, że panowie nie nagrali więcej, bo grają niesamowicie zajebiście. W ten piątkowy wieczór uświadomiłem sobie w pełni dwie rzeczy. Po pierwsze, oni ciągle grają to samo. Po drugie – zrobili wielki postęp na przestrzeni tych trzech albumów. Sprzeczność? Ani trochę. Kingdom ma swój szkielet i kręgosłup (raczej nie moralny), który po prostu obrasta nowymi warstwami ciała. Tak, można powiedzieć, że grubną (bez obrazy panowie, nie mówię o brzuchach) a konkretnie ich muzyka. Jest coraz bogatsza aranżacyjnie, brzmieniowo, wokalnie ale oparta na tych samych zasadach. Z tą samą energią i mocą niszczy na każdym albumie, tu w każdej minucie każdego krążka jest po prostu rzeź i masakra. To taki rodzaj death metalu bezpośredniego, nie przesadnie gęstego, bardzo energetycznego. To czysta, niepohamowana agresja i pęd ku czeluściom i otchłaniom piekieł. Coś bardzo naturalnego i szalonego, bez żadnych kalkulacji. Ich dorobek artystyczny to trzy potężne ciosy w ryj. Kropka. 

We wstępie wspominałem o wielu dobrych załogach death metalowych pochodzących z naszego pięknego nadwiślańskiego kraju. Cóż, Płock leży nad Wisłą. I ma najlepszą death metalową załogę w tym kraju. Nie mam wątpliwości. 

Szlag mnie tylko trafi jeśli na kolejny album trzeba będzie czekać kilka lat. 

P.S. Numer "Nameless King" z dwójki to po prostu jest cudo najwyższych lotów. I król wcale nie jest pozbawiony imienia. 


Kingdom - "Unholy Graveyard". Time Before Time Records, 2008 rok, numer katalogowy Death 046. "Morbid Priest of Supreme Blasphemy" - Hellthrasher Productions, 2013 rok, numer katalogowy XXVII.








"Unholy Graveyard" na Discogs:

"Morbid Priest..." na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz