poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Osiemnaście.


Dawno temu, bo w latach osiemdziesiątych, które były szare, bure i ponure, pewien facet miał plan. Plan bardzo ambitny a jednocześnie bardzo prosty. Plan nadzwyczajny, który miał zadać cios. Plan dla sfory dzieci, które chciały więcej od życia, chciały wejść w noc. Ten plan miał wywrócić wszystko do góry nogami, zmienić rzeczywistość i stworzyć ją na nowo. Gdyby się powiódł, szatan byłby dumny. 

Dawno temu, bo w latach osiemdziesiątych, które były szare, bure i ponure, pewien facet był dzieciakiem. Nie miał planu, bo głowy nie zaprzątały mu takie rzeczy. Dla niego, te lata wcale takie szare i ponure nie były, bo przecież to jego dzieciństwo. Po co komu plan, kiedy w głowie zabawa i beztroska? Ten facet nie poznał jeszcze wtedy nadzwyczajnego planu starszego mężczyzny. Ale uczynił to później. 

Tym dzieciakiem, jak zapewne się domyślacie, byłem ja. Facetem, który miał plan (może wciąż go ma?) był Roman Kostrzewski. A plan nazywał się (i wciąż się nazywa) – „Noce Szatana”. W latach osiemdziesiątych byłem stanowczo za młody, by poznać płytę „666”, czyli debiut jednego z moich ukochanych zespołów. KAT pojawił się w moim życiu na początku lat dziewięćdziesiątych i jest w nim do dzisiaj. Do dzisiaj bardzo ważny. Kiedy wreszcie Roman przedstawił mi swój plan, w lot na niego przystałem i przyjąłem dłoń szatana. Tak jak Faust!




„666” to dla mnie jedna z dziesięciu najważniejszych płyt polskiego metalu. Po pierwsze, jedna z pierwszych naprawdę metalowych, po drugie – doskonała! Tu nie ma nudnego momentu, słabszej chwili czy kiepskiego tekstu. Tu jest ogień, pasja, dzika radość z grania i ekspresja godna burzy. Płyta pędzi przez noc zatrzymując się tylko raz. Gitary tną takie riffy i melodie, że aż trudno uwierzyć, iż grają to panowie debiutanci, Roman wokalnie zachowuje się jak stary wyjadacz, ale wszystko to tchnie młodzieńczą energią. I to brzmienie! Płyta nagrywana w warunkach dalekich od dzisiejszych, brzmi tak drapieżnie, tak przekonująco i autentycznie a zarazem klarownie. Kompletnie nie rozumiem nagrania po latach nowej wersji „Szóstek” (no dobra, trochę rozumiem, kasa tez gra rolę). Jest to tak miałkie, tak gładkie, że nie wytrzymuje przy oryginale nawet pięciu sekund. I więcej czasu jej nie poświęcę. „666” z lat osiemdziesiątych to czysta, niczym nie skrępowana dzikość, to prawdziwy, szalony heavy metal, przesiąknięty piekłem i mistyką. To tu zaczyna się saga o diabelskim domu, to tu Roman śpiewa o znaku wszystkich ludzi i to tu Abaddon wznosi stary miecz. To tu wszystko się zaczyna i trwa do dziś. Absolutny klasyk i arcydzieło.


Rodzeństwo

Jak wiemy płyta ma też swą anglojęzyczną wersję czyli „Metal And Hell”. To już jednak nie do końca to, choć też ją bardzo lubię. Dużą siłą a wręcz mocą KATa jest język polski – w nim Roman czuje się najlepiej, poza tym, jego teksty są tak niepowtarzalne, że nie zawsze da się je sensownie przetłumaczyć na język angielski. I lepiej tego nie robić. 

A najlepsze w tym wszystkim jest to, że tekst „Noce Szatana” napisał niejaki Robert Lor, więc może to wcale nie był plan Romana? Może on był tylko wysłannikiem? 


KAT - "666". Silverton, 1996 rok, numer katalogowy CD ST 006-96. 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz