niedziela, 5 marca 2017

Z miłości do thrashu.


Pod koniec 2016 roku życzyłem sobie dwóch spokojnych miesięcy w 2017, bym mógł nacieszyć się wszystkimi świetnymi płytami z poprzedniego roku. Dostałem je, nacieszyłem się. Przyszedł jednak marzec i czas wreszcie napisać o czymś świeżym. Stosik oczekujących materiałów urósł, więc zabieram się do roboty. Za którą nikt mi nie płaci, ale dzięki temu nie muszę nic. Piszę o czym chcę i kiedy chcę. To tak jak zespół, o którym w tym tekście będzie mowa. I fajnie, że takie kapele wciąż istnieją i wciąż im się chce. 





Jakiś czas temu, przy okazji ostatniej płyty Testament (tutaj), pisałem, że jak thrash to najlepiej z weteranami. Bo oni potrafią i wiedzą o co chodzi w tej muzyce. Nowa płyta krakowskiego Hellias jest na to kolejnym dowodem. Panowie są weteranami bez wątpienia i właśnie wydali swój piąty pełny album. Nie jest to oszałamiająca liczba, biorąc pod uwagę, że istnieją od trzydziestu lat. Czy to coś zmienia? Nie, bo primo – nie ilość a jakość, secundo – ich historia prosta nie była, tym bardziej docenić należy fakt wydania kolejnego albumu. Solidnego i naprawdę dobrego albumu. Thrash to taka fajna muzyka, którą można grać na kilka sposobów. Jedni robią to na wesoło, inni epicko a jeszcze inni na zwyczajnym wkurwie. Hellias w pewnym stopniu łączy te wszystkie elementy, jednak tym co dominuje na płycie jest najzwyczajniej w świecie luz. Słychać, że tu nikt nic nie musi, że oni po prostu to kochają, bawią się tym i daje im to masę satysfakcji. Bo przecież pieniędzy z tego nie będzie. Ale thrash i generalnie metal, to przecież nie pieniądze. Chodzi o to by się dobrze bawić a przy okazji powiedzieć coś ważnego, wykrzyczeć swój gniew no i oczywiście wypić kilka piw. Taka jest ta płyta. Momentami zaskakuje poziomem wkurzenia i gniewu, by za chwilę zaprosić nas do dobrej zabawy w gronie kumpli. I gdy już wychylimy pierwszy kufel pojawia się trudny temat i znowu wkraczamy w świat dyskusji ideologicznych. Na szczęście wszyscy mówimy jednym głosem i powszechna zgoda powoduje, że po chwili ruszamy do tańca a głowy same wirują. 

Fajnie się tej płyty słucha. Daje dużo radości wyłapywanie poszczególnych smaczków oraz sama gra muzyków. Jak na weteranów przystało, panowie wiedzą jak trzymać instrumenty i co z nimi zrobić. Dopełnia to wszystko dobre, mocne brzmienie, jednocześnie selektywne i takie po prostu skrojone pod thrash. Jest moc i zadziorny klimat. Bardzo fajnym zabiegiem było zaproszenie kilku znanych postaci ze sceny. Mamy tu między innymi wokalistę Holy Death, Cemetery Of Scream czy mojego dobrego kumpla Sierścia z Czterech Szmerów (pozdrowienia!). 

Podsumowując – fajnie, że są wciąż takie zespoły jak Hellias. Warto kupować takie płyty, bo jeśli tym facetom wciąż się chce i robią to z nieskrywaną radością, to zasługują na to, by wysupłać trochę złociszy i dostać tym sposobem jakieś wsparcie. Choć przecież nie o kasę chodzi. Chodzi o metal. 

Ocena: 8/10


Hellias - "Eight Cardinal Sins". Thrashing Madness, 2017 rok.







"Eight Cardinal Sins" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz