wtorek, 14 marca 2017

Śmierć w Chorwacji.


Ech, Chorwacja... Słońce, piękne plaże, woda błękitna jak najczystsze niebo i wspaniałe zabytki. Jachty, małe urokliwe porty i zabawy do późnej nocy. Idylla, luz i raj na Ziemi. Żyć nie umierać, nie starzeć się, nie chorować, tylko radośnie egzystować wśród wspaniałych okoliczności przyrody. 

To oczywiście spojrzenie turysty, bo pewnie inaczej jest, gdy mieszkasz w takim choćby mieście jak Beli Manastir (Biały Klasztor, idealna wręcz nazwa). Nie dość, że do morza masz dalej niż do Budapesztu (zawsze pozostaje Balaton, też bliżej), to żyjesz w zapomnianym miasteczku (ledwo ponad 8000 mieszkańców) wciśniętym gdzieś na krańce tego raju na Ziemi, pomiędzy Węgrów (których nie rozumiesz ni w ząb) a Serbów (którzy nie kochają cię gorliwie). Ale co tam, to wszystko się nie liczy bo to nadal Chorwacja, prawda? I tego się trzymamy. No więc żyjesz sobie w takim raju na Ziemi i nagle postanawiasz zamienić go w piekło, bo pewnie coś ci się nie podoba, coś cię wkurza i kiedyś w młodości ktoś ci pożyczył kasetę Slayera. Od tej pory nie jeździsz już nad piękne lazurowe chorwackie może tylko szlajasz się z kolegami po okolicznych norach i zaroślach, od czasu do czasu na dłużej nad Balaton, bo tam więcej metalowej węgierskiej braci. A potem zakładasz zespół o wspaniale brzmiącej nazwie Hereza (kiedyś w centrum Białego Klasztoru będziesz miał swoje muzeum, to pewne) i dajesz łupnia wszystkim tym, którzy cię wkurzali. Pierwszy cios wyprowadzasz w 2015 roku, drugi w 2017. I ten strzał jakimś cudem (albo raczej Gregiem – pozdrowienia!) dociera do Warszawy, raju na polskiej ziemi, czyli adres dobry. I niszczy mi mieszkanie od kilku dni, całkiem skutecznie. Kompletnie tylko nie rozumiem, dlaczego słuchając „I Become Death” nie mam przed oczami pięknej plaży i czystej wody, tylko brudne piwnice zapyziałej mieściny pełne pleśni i śmierdzące strachem. Strachem umęczonych i torturowanych oraz krzykiem cierpiących. Ale nad wszystkim unosi się twój śmiech, szyderczy i przerażający, bo właśnie spełnia się to czego chciałeś – zagłada wszystkiego co znane. Chorwackie plaże właśnie przestają istnieć a wszyscy turyści już gniją martwi. Biały Klasztor zrodził śmierć. 





Chorwacja jak już wspomniałem kojarzy się z wieloma przyjemnymi rzeczami, jednak nie bardzo z ekstremalnym metalem. A tu proszę, można żyjąc pod pięknym Słońcem zrodzić muzyczną czerń. W raju żyć a komponować piekło. I to właśnie czyni Hereza. Zaprasza nas do piekła i funduje zagładę. To teoretycznie death metal, ale słychać tu i thrash i punka i Motorhead. Gdybyśmy uparli się jednak na ten death metal, to najbliżej chłopakom do Szwecji. Jest kilka takich momentów, które aż krzyczą „Valkommen till Sverige”, ale tylko kilka. Większość materiału zalatuje śledziem z wybrzeży Ostergotland, ale nie jest to zapach bardzo silny i byłoby dużym uproszczeniem wrzucać Chorwatów do tej samej beczki. Dominuje tu po prostu nieskomplikowany aranżacyjnie death metal, który sam określam jako "byle do przodu". To chyba największa wada tego materiału i w zasadzie jedyna – trochę to wszystko jest na jedną modłę i nie ma w tym typowej dla takiego grania przebojowości (w dobrym tego słowa znaczeniu). Nie mam zamiaru jednak załamywać rąk, bo to w końcu metal z krwi i kości i uderzenie jest tu najważniejsze. Tego na szczęście nie brakuje. Wartość materiału podnosi świetne brzmienie. Nie, nie jest krystaliczne, jest chropowate i lekko zabrudzone, ale potężne, rasowe a kiedy trzeba odpowiednio zdołowane. Podkręćcie głośność to zrozumiecie, o czym mówię. Dobry materiał i mam zamiar upolować debiut Chorwatów, bo kompletnie mnie ominął. Pewnie dlatego, że nigdy nie byłem na wakacjach w Chorwacji. 

Dodatkowy plus za fajne wydanie dla Godz Ov War Productions. Czerwone pudełko i okładka robią robotę!

Ocena: 7/10


Hereza - „I Become Death”. Godz Ov War Productions, 2017 rok, numer katalogowy GOWPXXXVIII.







"I Become Death" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz