poniedziałek, 20 marca 2017

Powrót do lasu.


Wycieczki do lasu to fajna rzecz. Piękne okoliczności przyrody, czyste powietrze, zieleń. Tu sarenka przebiegnie, tam ptak zaśpiewa. Takie spacerowanie dostarcza spokoju ducha, odpoczynku i relaksu. Można się na chwilę zatrzymać, pokontemplować, zastanowić się nad sensem tego wszystkiego co nas otacza. Można też spotkać dwóch półnagich facetów, wysmarowanych krwią. Ale spokojnie, to tylko w Norwegii.



Przepraszam, panowie też na grzybach?

Był to kiedyś kraj, gdy wysmarowanych najróżniejszymi substancjami, ubranych na czarno osobników można było spotkać w tamtejszych lasach bardzo często. Gdy jednak panowie ci zaczęli robić kariery, wyszli z lasu i zadomowili się w miastach - z ich salami koncertowymi, nagrodami przemysłu muzycznego i tym podobnymi dziwactwami. Dziś jednak, za sprawą Gjendod, norweski black metal wraca tam, gdzie jego miejsce – do lasu. Dosłownie i w przenośni. I cholernie mnie to cieszy. 

Mieszkańcy fiordów zawsze mieli łatwość w łączeniu sił przyrody i jej samej z ciemnymi mocami. Tak muzycznie jak i tekstowo. Po prostu sami stworzyli taki klimat i doskonale potrafili go rozwijać i się w nim odnaleźć. Nic dziwnego, to wszystko było dookoła, wystarczyło tylko po to sięgnąć. Niestety, ta droga została zapomniana. Wraca do niej Gjendod, duet z Trondheim. Wraca bardzo dosłownie – za pomocą okładki – która aż krzyczy, że miejsce black metalu jest właśnie tam. Wraca muzycznie, bo nawiązuje wspaniale do tych mitycznych czasów biegania z toporami po lasach otaczających idylliczne miasteczka i miejscowości. Dawno już żadna płyta pochodząca z Norwegii nie sprawiła mi tyle radości. Ostatni tak norweski materiał nagrał Dagorath (o nim tu), problem w tym, że chłopaki są z Bydgoszczy. Gjendod przenosi nas w czasie do wczesnych lat dziewięćdziesiątych, dodając od siebie jedynie wyrazistsze brzmienie, posiadające większą dawkę mocy. Nic tu jednak nie jest wygładzone. Ta dobra stara chropowatość i piwniczne zabrudzenie towarzyszy nam przez cały materiał. Nie brakuje skąpych, typowych dla Norwegów melodii i agresywnych, lekko zamglonych gitarowych ataków. Nie odważyłbym się porównać ich do jakiegokolwiek konkretnego zespołu, oni po prostu świetnie łączą w sobie wszystko to co było i niosą tego ducha w swojej muzyce. Nie kryją ani trochę co ich inspiruje, ale też nie zżynają. Są kontynuatorami wspaniałej tradycji black metalu z fiordów. 

Album mija szybko i to nie tylko dlatego, że trwa zaledwie trzydzieści cztery minuty (demo poprzedzające płytę trwa dwadzieścia minut). Jest po prostu na tyle intensywny, zwarty i spójny, że odbieram go jako jeden szybki, mocny cios. Bez zbędnych kalkulacji i przemyśleń. To nie niedzielny spacer lasem z rodziną. To szybka wizyta by ukryć czyjeś zwłoki, pełna napięcia i adrenaliny. Trzeba tylko uważać, bo wysmarowani znowu grasują!

Ocena: 9/10

Gjendod - „Nedstigning”. Hellthrasher Productions, 2017 rok, numer katalogowy LII. 







"Nedstigning" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz