środa, 29 marca 2017

Odwiedziny starego przyjaciela.


Wreszcie! Przemówiła do mnie! Platon twierdził, że milczenie jest złotem, ale co on tam wiedział? Złotem pokryty jest ten krążek i wreszcie odezwał się do mnie językiem zrozumiałym, przystępnym i jasnym. Był u mnie w domu od dłuższego czasu, jak stary znajomy, z dawnych, młodzieńczych lat, który nagle cię odwiedza i jakoś trzeba tę nić z przeszłości złapać i nawlec na igłę wspólnych płaszczyzn. Zaczynacie więc rozmawiać, ale cholerka, nie klei się ta gadka. No bo o czym tu gadać po tylu latach rozłąki? „Co u Ciebie? - W porządku. A u Ciebie? - Też.” Wiecie, co mam na myśli. Problem w tym, że im więcej razy mówił, że u niego w porządku, tym mniej chciałem w to wierzyć. Nie mogliśmy się zrozumieć. Ale dawałem mu szansę, bo przecież tyle lat się znamy, więc przez choćby sam szacunek należało wysłuchać go kilka razy. I słuchałem. Ale nic nie docierało. No po prostu nie mój klimat rozmowy. Nie to środowisko, oddaliliśmy się od siebie przez te długie lata. A trzeba Wam wiedzieć, że ostatni raz bardzo dobrze rozmawiało się nam w 1994 roku. Potem nie mogliśmy za cholerę znaleźć wspólnych tematów. Ten 1994 rok wspominam jako szczytowy okres naszej znajomości, złoty rok. 

poniedziałek, 27 marca 2017

Ukraińskie dylematy.


Ukraina. Ciągle z nią jakieś zamieszanie i kłopot. Ciężko powiedzieć jak się do niej zabrać, bo wiadomo – z jednej strony Bandera i Wołyń, z drugiej wspólna postawa wobec Rosji, demokratyczne przemiany, handel. Na szczęście to jest blog o muzyce a nie o polityce, więc ten dylemat mnie (przynajmniej tu) nie dotyczy. Poza tym, panowie o których dziś będzie mowa są ze Lwowa a to praktycznie jak nasi. W końcu Semper Fidelis, prawda? Ukraiński black metal to dla mnie zawsze będzie Nokturnal Mortum i ich pierwsze albumy (do Nechrist włącznie), bo to co na nich wyprawiali było naprawdę godne podziwu. Szerzej w kontekście black metalu (jest świetny 1914 – ale to nie bm) mój wzrok nigdy na ten kraj nie padł, aż do dziś. Choć pewnie trudno nazwać szerokim spojrzeniem poznanie kolejnego zespołu w dodatku tak młodego. Eskapism to duet, zespół zrodził się w 2015 roku i ma na koncie debiut – wydany w tym roku „Tales of Elder Forest”. Na Ukrainie jak wiadomo lasów nie brakuje, więc aby podkreślić moc tytułu, na okładce mamy las. Przyznaję, wygląda zachęcająco. Niestety, pierwsze odsłuchy albumu nie napawały mnie entuzjazmem i nie skłaniały do kolejnych. Uparłem się jednak jak Putin na Krym i stwierdziłem, że dam im jeszcze szansę. I dobrze zrobiłem, bo generalnie nie jest tak źle by nie mogło być lepiej.

środa, 22 marca 2017

Ciemnym lasem, ku wieczności.


„Tym razem przybyłem do Finlandii wcześniej. Byłem przed czasem. Nie to, żebym chciał. Musiałem. To już stało się narkotykiem. Musiałem znowu wejść w te nieskalane lasy i przebyć trudną drogę, bez żadnego celu. Po prostu by wędrować, wdychać i czuć. Nie zważałem na to, że jest głucha, ciemna noc. Stanąłem u progu lasu i poczułem zew. Musiałem wejść. Wtopiłem się w ten mur i poczułem, że znikam. Nie ma mnie dla Świata. Ciemność, gęsta i ciepła prowadziła w nieznane. Co za uczucie! Znowu tu jestem, czuje się jak w domu. Każdy krok stawiam pewnie, bo znam ten las, każdy krok w coraz ciemniejszą głuszę. Wiem, że mógłbym tak wędrować wiecznie, mierząc się jedynie ze swoimi myślami i naturą. Bo to jest moje przeznaczenie, wieczna wędrówka pośród tych drzew, pośród jezior cicho zatopionych w kniei. Nie wiem czy kiedykolwiek opuszczę te lasy, bo w nich jest moja przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Nie wiem czy chcę znaleźć wyjście. Właściwie to wcale go nie szukam.”

poniedziałek, 20 marca 2017

Powrót do lasu.


Wycieczki do lasu to fajna rzecz. Piękne okoliczności przyrody, czyste powietrze, zieleń. Tu sarenka przebiegnie, tam ptak zaśpiewa. Takie spacerowanie dostarcza spokoju ducha, odpoczynku i relaksu. Można się na chwilę zatrzymać, pokontemplować, zastanowić się nad sensem tego wszystkiego co nas otacza. Można też spotkać dwóch półnagich facetów, wysmarowanych krwią. Ale spokojnie, to tylko w Norwegii.


czwartek, 16 marca 2017

Życiowa nadzieja.


Nic poza zmianą nie jest stałe. To motto pojawia się na wydawnictwach zespołu i szczerze mówiąc jest trochę zwodnicze. Bo Mord’A’Stigmata się nie zmienia, jedynie ewoluuje. Nie jest to w żadnym wypadku coś negatywnego, bo w przypadku tego zespołu ewolucja daje wspaniałe efekty. Najnowszy album nosi tytuł „Hope”, czyli nadzieja i to kolejna zwodnicza rzecz związana z tą płytą. Z wieloma rzeczami ten album mi się kojarzy ale nijak z nadzieją. No, może poza ostatnim utworem i jeśli to było zamierzone, to gratulacje. Nie spodziewajcie się jednak albumu smutnego czy dołującego. Jest to po prostu płyta bardzo życiowa, a życie jak wiemy nie zawsze jest różowe. Jest to też płyta absolutnie wspaniała. 

wtorek, 14 marca 2017

Śmierć w Chorwacji.


Ech, Chorwacja... Słońce, piękne plaże, woda błękitna jak najczystsze niebo i wspaniałe zabytki. Jachty, małe urokliwe porty i zabawy do późnej nocy. Idylla, luz i raj na Ziemi. Żyć nie umierać, nie starzeć się, nie chorować, tylko radośnie egzystować wśród wspaniałych okoliczności przyrody. 

niedziela, 12 marca 2017

Pierwsze urodziny.


Będzie krótko i treściwie bo to w końcu tylko rok, nie osiemnastka. 

Dwunastego marca 2016 roku pojawił się tu pierwszy tekst – Balustrada. Zleciało, rzekłbym, jak napięcie na albumie Batjuszki, nawet tego nie zauważyłem. Czas jednak płynie nieubłaganie, dwanaście miesięcy za mną. Dwanaście miesięcy ciekawej przygody jaką jest ten blog. Z radością wkraczam w kolejny, mam nadzieję, że tak samo fajny. 

czwartek, 9 marca 2017

Walec.


Wracam sobie wesoło z pracy, patrzę w skrzynce awizo. No to spacerek na pocztę, chwila stania w kolejce i ląduję przy okienku. Pani patrzy w komputer i oznajmia, że to niestandardowa paczka i muszę ją odebrać przy tylnych drzwiach poczty. Ok, co robić. Idziemy wspólnie i po chwili widzę na parkingu za pocztą ogromny pakunek. Pani wręcza mi papierek do podpisu oraz nożyk i życzy powodzenia. Na odchodnym mówi jeszcze, że paczka ze Stanów. Paczka, dobre sobie. No nic, odpakowuję dobre piętnaście minut i wraz z odsłanianiem zawartości moje zdziwienie rośnie. Wreszcie, gdy wszystkie warstwy papieru opadają, moim oczom ukazuje się czarny jak smoła walec. Nowiutki, fotel jeszcze owinięty folią. Zrywam ją i wsiadam, bo cóż innego pozostało, przynajmniej podjadę pod dom. Bak pełen, więc ruszam. Od pierwszych sekund jazdy czuję, że znam tę maszynę, tak, jakbym już nią jechał. Kurde, ale kiedy? Może coś mi się miesza? Nie, tu każda wajcha, każdy przycisk i wskaźnik są znajome. Ale zarazem jakby była to lepsza, nowsza wersja. Jadę. Próbuję dodać gazu ale niestety, maszyna zawrotnej prędkości nie rozwinie. Za to jak majestatycznie się toczy! Z jaką mocą i łoskotem! Dumnie, bez zawahań prze naprzód niszcząc wszystko po drodze. Czy to był samochód sąsiada? Szlag, chyba tak. Trudno, kupi nowy. Jadę dalej i cholernie mi się ta dostojna, powolna jazda podoba. Czuję się jak władca Świata, nic mnie nie zatrzyma. Niszczę wszystko na swej drodze, miażdżę każdy napotkany obiekt. Co za radość, co za uczucie – jakby stare dobre czasy wróciły. Znowu ten cholerny amerykański walec jest potężny jak kiedyś, choć nadal nie mogę sobie przypomnieć, kiedy w nim ostatni raz siedziałem. Jeżdżę już tak prawie pięćdziesiąt minut, zaczynam rozglądać się za miejscem do zaparkowania. Kiedyś trzeba wrócić do domu. Albo nie, kichać to, jeszcze pojeżdżę!

wtorek, 7 marca 2017

D aphelium, czyli okładka roku.


Przy okazji tej płyty, przypomniały mi się lata dziewięćdziesiąte. Wtedy, jednym z czynników, który decydował o zakupie kasety, była okładka bądź logo. Im bardziej mroczna i szatańska, tym lepiej. W tym przypadku nie możemy mówić o szatańskości, jednak to tak ciekawa okładka, że kupiłbym tę płytę dla niej samej. Zaczarowała mnie i co chwilę się na nią gapię. Zaryzykuję stwierdzenie, że jest i będzie to dla mnie okładka 2017 roku. Płyta tak daleko nie zajdzie, ale to naprawdę ciekawy materiał.

niedziela, 5 marca 2017

Z miłości do thrashu.


Pod koniec 2016 roku życzyłem sobie dwóch spokojnych miesięcy w 2017, bym mógł nacieszyć się wszystkimi świetnymi płytami z poprzedniego roku. Dostałem je, nacieszyłem się. Przyszedł jednak marzec i czas wreszcie napisać o czymś świeżym. Stosik oczekujących materiałów urósł, więc zabieram się do roboty. Za którą nikt mi nie płaci, ale dzięki temu nie muszę nic. Piszę o czym chcę i kiedy chcę. To tak jak zespół, o którym w tym tekście będzie mowa. I fajnie, że takie kapele wciąż istnieją i wciąż im się chce. 

czwartek, 2 marca 2017

Nad warmińskimi jeziorami.


Są takie płyty, których nie słucha się na co dzień. Potrzeba dla nich określonego otoczenia, klimatu, nastroju. Nie każdy album w każdej chwili naszego dnia jest odpowiedni, nie każdy będzie dobrze korespondował z ciszą nocy. Nie każda płyta zakręci się w odtwarzaczu kiedy jesteśmy radośni i nie każdą puścimy gdy nastrój minorowy. Są też płyty, których nie słuchamy na co dzień, bo po prostu nie są tak dobre. Ale zdarza się to przecież i tym dobrym. Są wreszcie takie płyty, których nie słuchamy często, bo po prostu są inne od reszty muzyki, którą kochamy. I to jest właśnie taka płyta – inna, choć bardzo dobra.