środa, 15 lutego 2017

Muzyczne runy.


Nie zdradzę wielkiej tajemnicy, pisząc, że moim ulubionym gatunkiem muzycznym jest metal. W zasadzie musiałbym tu dodać, że najważniejszym elementem, który decyduje o tym ,czy muzyka ma szansę do mnie trafić, jest obecność gitary, najlepiej elektrycznej. To ważny czynnik, bo pozwala mi słuchać także Pink Floyd czy Dire Straits. Generalnie jednak, dziewięćdziesiąt dziewięć procent muzyki słuchanej przeze mnie od lat dwudziestu pięciu stanowi metal. Szybko tu jeszcze dodam, że lubię muzykę klasyczną ale bardzo wybiórczo. 

Nie zdradzę też wielkiej tajemnicy, pisząc, że nie przepadam za wszelkiego rodzaju modami, trendami, chwilowymi gwiazdami i bogami jednego lata. Ja jestem raczej przekorny i jeśli wszyscy na hura biegną w lewo, to ja sobie powoli skręcam w prawo lub co najwyżej stoję po środku i czekam co z tego wyniknie. Kiedy więc pojawia się nagle jakiś wykonawca, który momentalnie wszystkich odurza, jestem trochę nieufny i sceptyczny. Czasami to się opłaca (Batushka), czasami nie (Mgła). Nie przeszkadza mi taka postawa, bo w najgorszym wypadku stracę może kilka miesięcy od premiery takiej płyty ale i tak posłucham, w najlepszym – nie będę marnował czasu na szajs. 

A teraz składamy dwa pierwsze akapity w całość i otrzymujemy jedno słowo: Wardruna. 



Gitar elektrycznych nie stwierdzono. Metalu nie stwierdzono. Był szał? Był. Stąd ominęły mnie dwie pierwsze płyty i poznałem ich dopiero w tym roku, po zakupie trzeciej. Premierę miała w październiku 2016 więc jak widzicie, dałem sobie trochę czasu. W przypadku tego konkretnego zespołu trzeba dodać jeszcze trzeci czynnik, bądź trzeci akapit i wtedy dostaniemy pełny obraz. Chodzi mianowicie o folk, metal folk, granie tradycyjne czy jakkolwiek to nazwiecie. Poza kilkoma ciekawymi płytami (do policzenia na palcach jednej ręki) nie ma w tym graniu nic co by mnie urzekało a kiedy w latach dziewięćdziesiątych stało się to bardzo modne i każdy chciał grać na drzewach i liściach, kompletnie się od tego nurtu oddaliłem bo po prostu nie dało się tego słuchać. I ten czynnik spowodował, jako trzeci, że Wardrunę omijałem szerokim łukiem i nawet związki zespołu ze sceną metalową nie mogły tego zmienić. To wszystko razem było oczywiście jednym wielkim błędem. 

I właśnie zaczynam go naprawiać.




Nie znam dwóch pierwszych płyt, jednak trzecia to czysta magia. Niezwykły rytuał poświęcony runom, opowiedziany z wielkim oddaniem i szacunkiem dla przeszłości. Zarazem jednak nie jest to jakaś skamielina, coś archaicznego i dziś już nieprzystępnego. To muzyka świeża, na co dzień oddychająca teraźniejszością, wspaniale kłaniająca się przeszłości. Użycie tradycyjnych instrumentów oraz zastosowanie nietypowych aranżacji i dźwięków pogłębia wrażenie obcowania z czymś z innej epoki, z innego świata, innego wymiaru i innej mitologii. „Runaljod - Ragnarok” zamyka trylogię poświęconą 24 runom tzw Starszego Futharku. Każdy utwór opowiada o innym symbolu. Z tego tytułu w książeczce znajdziemy nie tylko teksty (z przekładem na angielski) ale także krótkie wprowadzenie w tematykę runów. Bardzo ciekawy pomysł i świetne uzupełnienie muzyki. 

Dla mnie przygoda z Wardruną dopiero się zaczyna i już nie mogę się doczekać poznania pozostałych albumów. Wiem, że to będzie podróż do dawno zapomnianej krainy, jednak takiej, do której się tęskni. Do świata baśni, ale i do świata krwawych bitew, rozpostartych żagli i ofiarnego dębu w Uppsali. Do świata, który choć dziś wydaje się magiczny, kiedyś był ciałem i krwią. Tak jak muzyka Wardruny. 


Wardruna - "Runaljod - Ragnarok". ByNorse Music, 2016 rok, numer katalogowy BNM002CD.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz