wtorek, 7 lutego 2017

Klechdy pośród bezdroży.


Słuchając tej płyty czuję, jakbym wędrował zapomnianymi, kiepsko ubitymi drogami Podlasia czy Małopolski. W promieniach zachodzącego słońca, z letnim żarem na twarzy, w otoczeniu unoszącego się pyłu. Spacerował po polach i lasach, jesiennym dniem i zimową nocą. Czasami spotkałbym niepokojąco uśmiechniętą staruszkę, czasami młodą parę w otoczeniu weselników. Natknąłbym się na zapadające się wioski ukryte pośród lasów, samotne chaty, do których strach wejść. Zaraz potem trafiłbym w sam środek pradawnego obrzędu, trudno jednak powiedzieć, czy bardziej przerażającego czy wesołego. Wszystko byłoby rozmyte, jak w jakimś transie. Szedłbym tak i poznawał te wszystkie zapomniane miejsca, odsądzone od czci i wiary, przesiąknięte dawną mądrością i ludową duchowością. Zatopiłbym się w tym samotnym wędrowaniu i jedynym celem byłby horyzont. Myśli i ducha. 

No i się zatopiłem. W „Klechdach” przepadłem, bo są jak baśń, jak prastara opowieść nagle odkryta przez głodnego Świata brzdąca. Z wypiekami na twarzy odkrywającego coś, co kiedyś BYŁO, a teraz jest głęboko ukryte. Zapomniane i nie dla wszystkich dostępne. Choć przecież bliskie, bo jest wśród nas. Nie mamy jednak czasu by to dostrzec, by posłuchać. Dlatego siedzi głęboko wśród kniei i milczy. Czeka. Może dzięki temu malcowi kiedyś powróci?





„Klechdy” to płyta bardzo mocno przesiąknięta ludowością, pierwotnym śmiechem i mrokiem zarazem, czarem babcinych opowieści i zaklęciami wiedźmy. I dlatego jest tak niesamowita. Thy Worshiper konsekwentnie idzie w takim kierunku i słychać, że wie jak to robić. Co prawda poprzedni album mnie nie zachwycił, jednak postanowiłem „Klechdom” dać szansę. Fakt, zabierałem się jak pies do jeża, wiedziałem jednak, że prędzej czy później posłucham. Bo Thy Worshiper to dla mnie ważny zespół, o czym możecie przeczytać tutaj

Album jest długi, to aż dwie płyty CD. Wolę pierwszą, ma dla mnie bardziej niesamowity, tajemniczy klimat. Prastarego obrzędu, ciemnego lasu i tajemniczych chat. Wianków rzucanych na wodę, uwielbienia dla gromu i czaru rusałki. Nie znaczy to oczywiście, że druga płyta mi nie podchodzi. Jest bardzo dobra, po prostu nie tak wyrazista. Generalnie lwią część tego albumu budują niesamowite, wspaniałe żeńskie wokale. Nie mogę zapominać o bogatym instrumentarium i niebanalnych aranżacjach, ale gdyby nie te wokale, nie wędrowałbym tymi zapomnianymi drogami. No i jest tu sporo solidnego, metalowego grania.

Ocena: 9/10 

Thy Worshiper - "Klechdy". Arachnophobia Records, 2016 rok, numer katalogowy ARA029.








"Klechdy" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz