wtorek, 28 lutego 2017

Afro, czyli problem.


Pamiętam mój pierwszy kontakt z tą płytą. To był 1995 rok, nowe albumy poznawało się wtedy w ilościach hurtowych, szczególnie te pochodzące z Norwegii. Wiele z nich szybko przepadło, jeszcze więcej zostało na dłużej ale nie mogę o wielu z nich powiedzieć, żebym pamiętał pierwsze spotkanie. Tu jest inaczej, pewnie za sprawą jednego zdjęcia. Wkładkę „Heart Of The Ages” (poznawałem ten album na kasecie) zdobi charakterystyczne zdjęcie grupy ludzi przy ognisku. Kilku z nich nijak się ma do wizerunku black metalowca z lat dziewięćdziesiątych. Szczególnie jeden facet posiadający konkretne afro. No i tak, dzięki tej fryzurze, moment pierwszego spotkania z debiutem In The Woods, mocno wbił mi się w pamięć. Co jeszcze zapamiętałem? Że okładka i nazwa były jak najbardziej w klimacie, niestety muzyka wtedy do mnie jakoś mocniej nie trafiła. Panowie odeszli na bok, bo na ich miejsce w magnetofonie czekała kolejka innych mrocznych dzieł z krainy fiordów.


Afro na lewo od ognia


I tak czas płynął a ja gdzieś zawsze się z tym albumem mijałem i ilekroć słyszałem ich nazwę, przypominałem sobie o afro a ono otwierało skojarzenie z muzyką, która nie do końca do mnie trafiła. Po kilku latach wreszcie przysiadłem do „Heart Of The Ages”. Tak porządnie, ze skupieniem, poświęciłem czas bo wreszcie zrozumiałem, że głupia fryzura nie będzie mnie zniechęcała. No i oczywiście, jak to zwykle w moim przypadku bywa, uświadomiłem sobie błąd. Straciłem kilka lat obcowania z tym bardzo dobrym albumem. Z drugiej strony, nic strasznego się nie stało, może dzięki temu miałem czas na poznanie kilku innych? Moc debiutu In The Woods uświadomiłem sobie jednak dopiero niedawno. Udało mi się dorwać pierwsze wydanie na CD, chwilę później zmieniłem sprzęt grający na kilka klas lepszy i kiedy odpaliłem „Heart...”, w pełni przekonałem się o nietuzinkowości i wyjątkowości płyty, nagranej w czasach największej diabelskości Norwegii. 

Nie da się ukryć, ża wyprzedzała swój czas i obok równie wizjonerskiego „Min Tid Skall Komme” Fleurety (wydany w tym samym roku) położyła podwaliny pod to, co dziś wielu lubi nazywać post black metalem. Ja tej nazwy nie lubię, stwierdzam więc po prostu, że „Heart Of The Ages” to płyta, której wizjonerstwo było wielkim atutem ale także przekleństwem. Wydana kilka lat później byłaby w pewnym momencie obiektem kultu dla rzesz hipsterów. Z drugiej strony, może dobrze, że nie jest. Hipsterzy niech pozostaną na Placu Zbawiciela, to wystarczająco daleko od norweskich lasów. 


In The Woods - "Heart Of The Ages". Misathropy Records, 1995 rok, numer katalogowy AMAZON 004. 







"Heart Of The Ages" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz