wtorek, 28 lutego 2017

Afro, czyli problem.


Pamiętam mój pierwszy kontakt z tą płytą. To był 1995 rok, nowe albumy poznawało się wtedy w ilościach hurtowych, szczególnie te pochodzące z Norwegii. Wiele z nich szybko przepadło, jeszcze więcej zostało na dłużej ale nie mogę o wielu z nich powiedzieć, żebym pamiętał pierwsze spotkanie. Tu jest inaczej, pewnie za sprawą jednego zdjęcia. Wkładkę „Heart Of The Ages” (poznawałem ten album na kasecie) zdobi charakterystyczne zdjęcie grupy ludzi przy ognisku. Kilku z nich nijak się ma do wizerunku black metalowca z lat dziewięćdziesiątych. Szczególnie jeden facet posiadający konkretne afro. No i tak, dzięki tej fryzurze, moment pierwszego spotkania z debiutem In The Woods, mocno wbił mi się w pamięć. Co jeszcze zapamiętałem? Że okładka i nazwa były jak najbardziej w klimacie, niestety muzyka wtedy do mnie jakoś mocniej nie trafiła. Panowie odeszli na bok, bo na ich miejsce w magnetofonie czekała kolejka innych mrocznych dzieł z krainy fiordów.

czwartek, 23 lutego 2017

Poprzez Śródziemie, ku przeznaczeniu.


"Trzy Pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem,
Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach,
Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych,
Jeden dla Władcy Ciemności na czarnym tronie
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie,
Jeden, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć, 
Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie." * 

poniedziałek, 20 lutego 2017

Dryfowanie drogą cierpienia.


Kilka dni temu odszedł od nas Tony Sarkka, znany także jako IT. Spojrzałem wtedy na półkę z płytami szukając czegoś, w czym maczał palce. Jest tego sporo ale dla mnie wybór był prosty – „Via Dolorosa”. W drodze do odtwarzacza (daleko nie mam) po raz kolejny omiotłem wzrokiem tę niezwykłą okładkę, tak bardzo nie metalową, tak bardzo odstającą od wszystkich okładek lat dziewięćdziesiątych. A potem wcisnąłem play i po raz kolejny pozwoliłem się ponieść tym niesamowicie rozbudowanym, klimatycznym pasażom. Całkowicie oddałem się muzyce i pozwoliłem nieść się z prądem. Ten album chwyta Cię w całości i powoli unosi nad ziemię. Nie porywa, nie demoluje, nie niszczy. Jest konsekwentny i wyrachowany a zarazem pełen pasji, uniesień i smutków. Przez ten album się dryfuje, czasami tylko zrywając się do skoku jak pojedyncze uderzenie wiatru, szarpiące żaglem. A potem wszystko wraca do normy. Dookoła tylko muzyczne pola, ciągnące się po horyzont i w swej złożoności tak proste, jak budowa łodzi, którą płyniemy.

środa, 15 lutego 2017

Muzyczne runy.


Nie zdradzę wielkiej tajemnicy, pisząc, że moim ulubionym gatunkiem muzycznym jest metal. W zasadzie musiałbym tu dodać, że najważniejszym elementem, który decyduje o tym ,czy muzyka ma szansę do mnie trafić, jest obecność gitary, najlepiej elektrycznej. To ważny czynnik, bo pozwala mi słuchać także Pink Floyd czy Dire Straits. Generalnie jednak, dziewięćdziesiąt dziewięć procent muzyki słuchanej przeze mnie od lat dwudziestu pięciu stanowi metal. Szybko tu jeszcze dodam, że lubię muzykę klasyczną ale bardzo wybiórczo. 

poniedziałek, 13 lutego 2017

Sehr gut!


Dwudziestego siódmego stycznia premierę miał nowy album legendy niemieckiej sceny thrash metalowej, Kreatora. Zatytułowany jest „Gods of Violence”, co jest dość przewrotne, bo to album miękki, wygładzony i popowy. Z thrash metalem ma wspólnego tyle, że nagrał go Kreator. Nie będziemy mu więc poświęcali więcej miejsca, bo nie warto. Był on jednak jednym z czynników, dzięki którym powstał ten tekst. Kolejny to dwa słowa – niemiecki thrash. Kiedyś znaczyły one bardzo dużo, tamtejsza scena wytyczała trendy, kierunki i była jednym z liderów gatunku. Ten czas już minął, ale nadal możemy tam znaleźć kapele, które są wierne swojej drodze i potrafią nagrać dobre, agresywne albumy. 

czwartek, 9 lutego 2017

Oddech Metalowego Świata.

Wiele lat, dla mnie chwil, kocham ten album. Lat dłuższych, krótszych, lepszych i gorszych. Wszystkie jednak są jak chwile, bo nigdy nie będzie mi dane nacieszyć się tym albumem w pełni, nasycić się. Ilekroć zaczyna się pierwszy utwór, odkrywam tę płytę na nowo, uczę się jej i rozkoszuję. Zawsze, zawsze odkryję jakiś nowy smaczek. Gdy lata temu, wychowywany w lesie przez wiedźmy, usłyszałem go po raz pierwszy, porwał mnie obłęd. Ileż razy wyśpiewałem do księżyca pieśń o córce, by wzięła perły ziemi! Ileż razy płakałem nad losem stryja! Ileż łez uroniłem myśląc o gnijącej w lochach dziewczynie, której czoło raniły ciernie! Ileż nocy nie przespałem myśląc o diabelskim domu, gdzieś, na końcu światów.

Wiele lat, dla mnie chwil. Wiele chwil, a zdaje się, że najwyżej jedna. A to nigdy dość! Ta płyta to istne bramy żądz, raz przekroczone – nie wypuszczają. Zamykają się za tobą z trzaskiem, opada pył i znajdujesz siebie w Wymarłym Świecie. Otoczony zewsząd jego Oddechem. 


wtorek, 7 lutego 2017

Klechdy pośród bezdroży.


Słuchając tej płyty czuję, jakbym wędrował zapomnianymi, kiepsko ubitymi drogami Podlasia czy Małopolski. W promieniach zachodzącego słońca, z letnim żarem na twarzy, w otoczeniu unoszącego się pyłu. Spacerował po polach i lasach, jesiennym dniem i zimową nocą. Czasami spotkałbym niepokojąco uśmiechniętą staruszkę, czasami młodą parę w otoczeniu weselników. Natknąłbym się na zapadające się wioski ukryte pośród lasów, samotne chaty, do których strach wejść. Zaraz potem trafiłbym w sam środek pradawnego obrzędu, trudno jednak powiedzieć, czy bardziej przerażającego czy wesołego. Wszystko byłoby rozmyte, jak w jakimś transie. Szedłbym tak i poznawał te wszystkie zapomniane miejsca, odsądzone od czci i wiary, przesiąknięte dawną mądrością i ludową duchowością. Zatopiłbym się w tym samotnym wędrowaniu i jedynym celem byłby horyzont. Myśli i ducha. 

czwartek, 2 lutego 2017

Księżycowe noce.


Wszystko zaczyna się gitarą. Spokojną, ale zwiastującą burzę. Gitarą trzymaną na uwięzi, jak dzikie zwierzę, które zaraz zaatakuje. Potem dołączają bębny. Jakby z oddali, przytłumione, wybijające marszowy rytm. Piekielne kotły zagłady. Wreszcie, po chwili, atakuje pełne instrumentarium. Spokojnie, powoli, bez nawałnicy. Wokalista wypowiada pierwsze, jakże ważne słowa. Wciąż panuje spokój, zero szaleństwa, za to tony gęstego, mrocznego, czarnego klimatu. I znowu sama gitara, jak ta z początku. I już wiadomo, że za chwilę ruszą, że nadejdzie cios. Bo wreszcie nadejść musi. I oczywiście nadchodzi. Rytmicznie, żwawo ale bez gonitwy, ze wspaniałymi klawiszami w tle, mkną przez księżycową noc. Klimat tego fragmentu jest tak powalający, że mógłby trwać trzy razy dłużej. Na koniec dostajemy porcję black metalowej rzezi poprzecinanej zwolnieniami. Nad całym utworem unosi się gęsta czarna mgła, potęgowana przez bardzo ciekawy tekst. Całościowo jest to utwór prawie doskonały, jeden z najlepszych jakie stworzyła norweska scena. Księżycowe Noce. Najpiękniejsze, gdy śnieg pokrywa daleką północ.