czwartek, 5 stycznia 2017

Thunderwar, czyli długa droga na szczyt.


Dawno nie miałem tak mieszanych uczuć. Biję się sam ze sobą od kilku dni a najgorsze jest to, że kolejne przesłuchania nie przynoszą werdyktu. Czy to nokaut? Czy zwycięstwo na punkty? A może kompletna porażka w pierwszej rundzie? Czy myśmy w ogóle wyszli na ring? 

Szlag mnie trafia bo lubię młode zespoły, szczególnie takie, które poleca mi człowiek znający się na rzeczy. I którego osobiście cenię (pozdrawiam Sławku!). No ale co zrobić, kiedy człowiek słyszał już w życiu tyle, że żeby serce mocniej zabiło potrzeba albo czegoś bardzo świeżego, albo czegoś ukochanie klasycznego, albo po prostu zwyczajnie porywającego. A tu wszystkiego po trochu, ale niczego konkretnego, dosadnego. Jakby za mało życia.



  

Dobra, wystarczy tego ponurego i trochę dwuznacznego wstępnego marudzenia, bo koniec końców wcale nie jest tak źle. O czym tak przynudzam? O warszawskim Thunderwar i ich pełnowymiarowym debiucie „Black Storm”. Nie znałem wcześniej tego zespołu, więc po rekomendacji Sławka chętnie się zainteresowałem. Okazało się, że wydali już wcześniej EPkę („The Birth of Thunder”) i to chyba ona w największym stopniu uratowała całą sytuację. W jaki sposób? Otóż, gdybym jej nie usłyszał przed długograjem, jego odbiór byłby zgoła inny. I tu z pomocną dłonią przyszedł wydawca, ponieważ wydał płytę w jednym digipacku z EPką. Zacząłem więc od niej i mówiąc krótko – nie zachwyciła mnie. Za dużo patentów, które już słyszałem, za dużo powielania Szwecji i Florydy. Fakt, zmiksowane te wpływy i wyważone, ale jednak niesamowicie mocno słyszalne. Ciekawy wokal, choć oczywiście skojarzenia z Obituary nasuwają się same. Cztery utwory powtórzyły się kilka razy w odtwarzaczu i byłem gotów na pełnowymiarowy album. No i pozytywne zaskoczenie. Jest dużo, dużo lepiej. Ok, Thunderwar nadal gra death metal z pogranicza Florydy i Szwecji, z wielkim zacięciem starej szkoły. Ok, wokalista nadal brzmi jak John Tardy (co akurat jest całkiem fajne). Ale poza tym, zespół poszedł do przodu. Utwory są ciekawsze i na pewno już nie tak podobne do wszystkiego co słyszałem. Słychać więcej własnych pomysłów. Każde kolejne przesłuchanie odkrywa jakieś nowe, świeże momenty. Oczywiście, jest wiele do poprawy. Po pierwsze – proponuję się zdecydować na jakiś konkretny styl i mam nadzieję, że zespół go wypracuje. Po drugie – brzmienie. Polecam zmienić realizatora, mamy teraz w kraju spory wybór. Za mało tu drapieżności i mocy. A dzięki nim ten materiał mocno by zyskał. No ale to jest kwestia czysto techniczna. Najważniejsze, że zespół się rozwija a to w pełni uświadomił mi fakt przesłuchania EPki. Jest w tych chłopakach moc i entuzjazm, chyba tylko czasami za bardzo patrzą na innych. Panowie, więcej odwagi! Jestem pewien, że kolejny materiał zaskoczy mnie jeszcze pozytywniej i czekam na niego szczerze mówiąc niecierpliwie. Lubię zespoły, które z materiału na materiał robią duże postępy a tak jest w tym przypadku. Pozwala to wierzyć, że w przyszłości będą z chłopaków ludzie. Czego im serdecznie życzę. 

Warto wspomnieć o bardzo ładnym wydaniu płyty. Dobra okładka, teksty, zdjęcia, estetyka jak najbardziej na wysokim poziomie. Brawo dla WHP, także za wyrobienie się w czasie ;)

Ocena: 7/10

Thunderwar - "Black Storm". Witching Hour Productions, 2016 rok, numer katalogowy Evil093DCD.






"Black Storm" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz