wtorek, 31 stycznia 2017

Pieśni zmierzchu.

Lata dziewięćdziesiąte to dla Norwegii okres wielkiej, black metalowej świetności. Szczególnie ich pierwsza połowa, choć oczywiście w drugiej też znajdziemy bardzo udane albumy. Ilość zespołów wypływających z fiordów na szerokie wody światowego uwielbienia była spora, jednak tak naprawdę tylko kilka zostawiło po sobie wielkie dzieła. Jest to rzecz jasna kwestia sporna, bezsporne natomiast jest to, że wszyscy ci panowie byli bardzo źli i w początkowym okresie swojej twórczości nie brali pod uwagę najmniejszego nawet złagodzenia wizerunku. Muzyka była doprowadzana do ekstremum, tak samo wokale. Nie wyobrażałem sobie wtedy, że można zastosować jakieś inne techniki wydawania dźwięków gardłem. Cóż, po raz kolejny Norwegowie okazali się być wizjonerami i pewnego pięknego dnia, pokazali, że można. Nagle okazało się, że większość z tych bardzo złych wokalistów potrafi zaśpiewać czystym głosem! W tamtym okresie był to dla mnie szok. Jednym z takich wizjonerskich zespołów był Ulver. Może wtedy, gdy startowali, nikt tak tego nie odbierał, jednak po latach możemy to stwierdzić z całą stanowczością. Ja poznałem ich dość późno, bo dopiero w 1997 roku, kiedy wydali „Nattens Madrigal” (o niej tutaj). Jako drugi usłyszałem ich debiut, jak na Norwegię wydany późno, bo w 1995 roku, będący jednak przykładem wielkiego zmysłu kompozycyjnego i odwagi – wokale tam zastosowane mogły odstraszyć każdego zwolennika black metalu. Ale to było jeszcze nic. Kiedy pierwszy raz usłyszałem "Kveldssanger" (drugi album, 1996 rok), doznałem szoku. Można tę płytę rozpatrywać na dwa sposoby – jako część black metalowej trylogii Ulver (po trzeciej płycie zespół kompletnie zmienił styl) lub jako samodzielne dzieło będące poniekąd eksperymentem. Broni się w obu przypadkach. 



O ile wcześniej czyste wokale pojawiały się najczęściej w towarzystwie klasycznych black metalowych krzyków, będąc jednocześnie w mniejszości, o tyle tu stanowią one 100% partii wokalnych. I to jakich! Garm już na „Bergtatt” pokazywał, że możliwości ma spore, jednak to co odstawił na „Kveldssanger” to czyste mistrzostwo. Po tym albumie stał się moim ulubionym norweskim wokalistą i to się nie zmienia (na ostatnim Borknagar też dał popis). Dodajmy do tego akustyczne gitary i przepis na szok wśród czarnej braci mamy gotowy. Ani sekundy metalu! Gdy jednak zniknie pierwsze zdziwienie, warto się w ten album zanurzyć. Usiąść na chwilę, zatrzymać się, odpłynąć gdzieś daleko. Magiczne trzydzieści pięć minut pozwala kompletnie oderwać się od rzeczywistości. Słuchając tej płyty byłem już w wielu miejscach, brałem udział w bitwach, obserwowałem drakkary wyruszające na wyprawę, chłodny wiatr smagał moją twarz. Spacerowałem po nieskażonych niczym lasach i wzgórzach, piłem krystaliczną górską wodę i kąpałem się w jeziorach pod zorzą polarną.

To jeden z tych albumów, który wchodzi w nas głęboko, ale oczekuje wzajemności. Cierpliwych nagradza na lata. Nie pozwala o sobie zapomnieć. Bo jest absolutnym majstersztykiem. Wiele zespołów próbowało być „folk” tak bardzo jak tylko się da, ale nikt nawet nie zbliżył się do atmosfery „Kveldssanger”. A przecież to album zrealizowany tak małym nakładem środków! Czego by nie mówić o późniejszej twórczości Garma (ja jej nie trawię), facet jest genialnym kompozytorem i muzykiem. Pierwsze trzy płyty Ulver to arcydzieła, jedne z największych, jakie pozostawiła po sobie Norwegia lat dziewięćdziesiątych. 

„Kveldssanger” można tłumaczyć jako „pieśni zmierzchu”. Nie dajcie się jednak zwieść, słucha się ich wspaniale o każdej porze dnia i nocy. 


Ulver - "Kveldssanger". Head Not Found, numer katalogowy HNF 014.







"Kveldssanger" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz