czwartek, 22 grudnia 2016

Kolejny spacer fińskim lasem.


Znowu jestem w Finlandii. Znowu wybieram się na długi spacer. Gdy byłem tu ostatni raz, w październiku, była piękna, przyjazna jesień i ścieżka mej wędrówki wiodła przez tereny dobrze znane i przyjazne. Dziś jest grudzień. Jest ponuro i mroźno, ale śnieg jeszcze nie pokrył obficie ziemi. W lesie zaległa mgła i nie do końca znam drogę, która przede mną. Pod skórą czuję, że gdzieś tu, w tych lasach czai się zło. Nie wiem co to, nie wiem kto to, ale odczuwam niepokój, momentami strach. Mgła otacza mnie szczelnie, czasami się potykam. Jest mokro i wilgoć wdziera się pod ubranie. Ale idę, bo każda wizyta w Kraju Tysiąca Jezior, musi zakończyć się spacerem. Mija kilkanaście minut i zaczynam czuć się pewniej. Jakbym poznawał okolicę, jakby mgła była rzadsza. Widzę przed sobą przyjazną ścieżkę i przestaję odczuwać ten irracjonalny strach. Uśmiecham się i do końca spaceru czuję się jak w październiku. Ależ ta Finlandia jest piękna!




Kalmankantaja mnie zaskoczyła. Pokazała pazur. „Metsankulkija” od pierwszych sekund atakuje brudem, gęstością i wilgocią. Atakuje pierwiastkiem agresji, jakiego wcześniej nie spotkałem w ich twórczości. Jest klimatycznie i tempa są średnie (choć jest kilka momentów naprawdę szybkich) ale to jedyne, co przypomina wcześniejsze rzeczy, choćby Tyhjyys. Nad klimatem stanowczo góruje tu piwniczny podmuch i agresja. Brud i prymitywizm dominują i nikomu nie jest do śmiechu. Ale to tylko dwa pierwsze utwory. Następny jest w całości akustyczny. Czwarty numer to już stara, dobra Kalmankantaja – bardzo długi nostalgiczny wstęp a po nim dobrze znane z Tyhjyys melodie i klimat. Ostatni utwór to krótkie akustyczne dzieło. „Metsankulkija” serwuje nam całą paletę doznań i bardzo mi się to podoba. Jest niewątpliwie siłą tego materiału. Zróżnicowanie wynika z faktu, że pierwsze dwa utwory pochodzą z 2014 roku, kolejne trzy z 2015 i 2016. Nagrywane były podczas różnych sesji, co też nie pozostaje bez wpływu na różnice w brzmieniu. Ale to naprawdę ciekawy materiał, bo pomimo tych wszystkich różnic jest spójny. Nie odnosimy wrażenia, że to zlepek naprędce wyszukanych numerów. Bardzo cieszy mnie fakt, że zespół nie siedzi uparcie w kotle atmosferycznego black metalu (kurde, nie lubię tego określenia), tylko potrafi zaskoczyć, coś zmienić, zróżnicować nastrój. Dzięki temu moje fińskie spacery są dużo ciekawsze. A biorąc pod uwagę częstotliwość wydawania nowych nagrań, wiem, że w nadchodzącym roku będę miał okazję do kilku. Ach, ta Finlandia!


Kalmankantaja - „Metsankulkija”. Patologian Laboratorio, 2016 rok, numer katalogowy pl2016-6.





2 komentarze: