czwartek, 24 listopada 2016

Stillborn, czyli listopadowa perełka z lutego.


Bogactwo muzyczne tego roku jest ogromne. Rodzime podwórko obrodziło bardziej niż mazowieckie sady w najlepszych latach. A robaczywych jabłek bardzo mało. Choć z drugiej strony, może one wszystkie są robaczywe, jeśli wiecie co mam na myśli ;) W każdym razie, to wspomniane bogactwo powoduje problemy, przynajmniej w moim konkretnym przypadku. Zwyczajnie i po ludzku nie nadążam. Człowiek się starzeje, wiem, ale fakt faktem – płyt zatrzęsienie. Zamówić można ale nie zawsze jest czas na porządne przesłuchanie, wsłuchanie i odbiór. Dziś będzie o jednej z takich płyt właśnie. I to, że dopiero teraz o nim pisze zasługuje na naganę a ja sam na ciężkie prace w kamieniołomach tudzież na pieszą pielgrzymkę do Mielca w worku pokutnym. „Testimonio de Bautismo” ukazał się pod koniec lutego, do mnie dotarł gdzieś w marcu. No, mamy listopad, wiem. Trochę się opóźniłem ale na szczęście ten blog to nie ekspres do Gdańska na który czeka wytęskniona wakacji rodzina, więc nikomu chyba krzywdy nie zrobiłem. Wtedy, w marcu, wskoczył do odtwarzacza na bodajże dwa, trzy razy i ustąpił miejsca innym. Gdy go teraz słucham, wiem, że popełniłem ogromny błąd. Mam taki zwyczaj, że podczas sobotnich porządków wracam do płyt o których wiem, że nie dałem im wystarczająco dużo czasu i za szybko powędrowały na półkę. Ostatniej soboty padło na Stillborn. Kręcił się w odtwarzaczu kilka razy a ja porządki zrobiłem dwa razy szybciej niż zwykle. 




Po tym lekko przydługim wstępie czas przejść do konkretów. A ta płyta jest konkretna. To potężny metalowy cios, w klimacie naturalnym dla zespołu z Mielca – piekielnej black/thrash/death metalowej jazdy. Dawka jadu, agresji, brudu i kopów w mordę jest ogromna. Jak to zasuwa! Jazda bez trzymanki i nawet nie ma czasu zapiąć pasów. Wsiadamy na piekielny rollercoaster i po trzydziestu minutach chcemy kolejnego przejazdu. To pół godziny wypełnione złością, wkurwem i jednym krótkim komunikatem – tak się gra metal. Bez metafor, zbędnych słów i ozdobników. Wszystko podane w sosie prostego, ostrego i zabrudzonego brzmienia i dopełnione niesamowicie czytelnymi w przekazie tekstami, wykrzyczanymi w ojczystym języku. Na dokładkę dostajemy cover Sodom i świetny numer instrumentalny. Stillborn zawsze był solidnym, mocnym zespołem ale tą płytą pokazali, że jeśli chodzi o bezkompromisowe dawanie po ryju, grają w pierwszej lidze. Jeśli uważasz, że Behemoth jest brutalny, nie sięgaj po „Testimonio…”. Nie podniesiesz się.

Biorąc pod uwagę jak dobry to materiał, strata kilku miesięcy podczas których mogłem się nim rozkoszować jest niewybaczalna. Kupię sobie chyba jakiś pejcz i codziennie, słuchając „Testimonio…” będę wymierzał sobie zasłużoną karę. Dobrze, że poznałem się na tej płycie jeszcze przed końcem roku – namiesza w prawie już gotowym podsumowaniu.

Ocena: 9/10

Stillborn - "Testimonio de Bautismo". Godz Ov War Productions, 2016 rok, numer katalogowy GOWP XXVI.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz