czwartek, 10 listopada 2016

Otchłań kosmosu, czyli dzieło wspaniałe.

Nie wiem czy gdzieś, w odległych galaktykach a może w tych bliższych, istnieją jakieś obce cywilizacje. Wiem natomiast, że gdyby postanowiły się z nami skontaktować, mogłoby brzmieć to jak ta płyta. Bo wyobraźcie sobie potężny, szalejący wir otwierający się na niebie, mieniący się tysiącem barw i bezlitośnie wciągający wszystko, co z człowieczej ręki powstało. Wciągający, miotający tym wszystkim i miażdżący. Powoli, brutalnie, nieziemsko skutecznie. Kawałek po kawałku rozgniatający wszystko na maleńkie atomy, wtapiające się później w jego nieskończoność. Nie dawałby on żadnych szans i żadnej litości, miotał meteoryty i pluł lawą ale zarazem byłby hipnotyzująco przerażająco piękny. Tak mogłoby to wyglądać, choć jest to raczej scenariusz na kiepski film science-fiction. Tu, na tym albumie, wszystko jest pierwszorzędne a scenariusz zniszczenia zrealizowany perfekcyjnie.







Nie przez przypadek zacząłem od tej kosmicznej wizji. Klimat tej płyty jest właśnie taki. Zaczynając od okładki, przez wkładkę, częściowo teksty a kończąc oczywiście na muzyce. Tak gęstej, dusznej a zarazem pełnej przestrzeni atmosfery dawno nie słyszałem. Przez całą długość płyty mam wrażenie obcowania z czymś pozaziemskim i to nie tylko dzięki niesamowitym klawiszom – użytym zresztą dość oszczędnie, ale z pomysłem. To samo robią tu szaleńcze, opętane chaosem kosmosu gitary i ten niesamowity wokal, wychodzący jakby z wnętrza tego wiru zagłady, czasami pełniący rolę kolejnego instrumentu potężnej orkiestry obcych. Ale ponad wszystko jest tutaj totalny ciężar i moc. Powtórzę – tu jest aż gęsto i duszno od tego ciężaru i ja nie pamiętam kiedy coś takiego ostatni raz słyszałem. Niesamowite wrażenie. Jest tu też sporo technicznych momentów, jednak mają one tylko i wyłącznie służyć uwypukleniu tego niesamowitego klimatu. Nie zmienia to faktu, że panowie potrafią zaserwować nie tylko tę gęstą, smolistą maź, ale też całkiem fajnego rock'n'rolla i rasowe death metalowe kanony. Ta płyta w sposób mistrzowski łączy techniczne granie z nastrojem i klimatem i muszę przyznać, że takiej grozy to na wielu black metalowych dziełach próżno szukać. To dla mnie ważne, bo w tej muzyce o emocje chodzi. Te wszystkie zwolnienia, akustyczne gitary, odjechane klawisze, wokale kompletnie z innego świata. Ja nie mam żadnych wątpliwości, że jest to jedna z najlepszych płyt w tym roku. Aha, co ciekawe, panowie muzycy nadają tytuły swoim solówkom! Tak, solówkom granym na gitarach. Każda ma tytuł. Oczywiście w klimacie. 

Bardzo podoba mi się także wydanie tej płyty. Kilka elementów sprawia wrażenie jakby płyta była z lat dziewięćdziesiątych (napisy na bokach, symbol „compact disc” i kilka innych smaczków), są piękne grafiki, teksty, świetnie dobrane kolory. No po prostu wspaniałe dopełnienie warstwy muzycznej. Dzieło skończone, zamknięte, finito, dziękujemy, niczego tu nikt by nie zdołał poprawić. Bierzemy się za następne. Tak panowie, tak – bierzcie się za następne, bo ja tu już w odległej galaktyce Polska niecierpliwie czekam.

Ocena: 10/10


Blood Incantation - Starspawn. Wydanie Dark Descent Records, 2016 rok, numer katalogowy DDR157CD. 







"Starspawn" na Discogs:

1 komentarz:

  1. Album arcydzieło, a ostatnio w Poznaniu pokazali, że płytowa klasa przekłada się na klubowe deski. Nie wiem czy nie pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że jak na tę chwilę jest to koncert roku.

    OdpowiedzUsuń