poniedziałek, 7 listopada 2016

Krzyk zza grobu.


Są takie zespoły na tym Świecie, które pomimo niewielkiej aktywności wydawniczej, osiągają status „kultowych”. Fakt, często jest tak, że określenie to przypisywane jest na wyrost zespołowi, który na to nie zasługuje. Jednym z takich zespołów na pewno nie jest Infatuation Of Death. 

Wiecznie podziemny twór, złożony z muzyków grających także w innych kapelach, który na koncie ma kilka demówek. No i jeden longplej – tegoroczny. Aha, zapomniałbym – zespół już nie istnieje. I ten album nie jest jego zmartwychwstaniem, tylko krzykiem zza grobu. Bardzo donośnym krzykiem. 

Historia zespołu jest personalnie zagmatwana jak brazylijska telenowela, co oczywiście nie pomagało w tworzeniu nowych materiałów. To, co jednak udało się wypluć z czeluści piwnic i w postaci demówek uderzyło świat żywych, było nad wyraz potężne. Tej mocy można też było zakosztować na nielicznych koncertach, które zawsze były konkretnym kopem w zęby. Jednego udało mi się doświadczyć i atmosfera była iście piekielna. Rozmazane fragmenty tego misterium mam ciągle przed oczami, jak jakiś diabelski kalejdoskop skąpany w dymie. A jakie to wszystko było szczere! Ile w tym było pasji, oddania i miłości do tej muzyki. To jest właśnie największe bogactwo podziemia i Infatuation Of Death wspaniale je uosabiało. Po stokroć bardziej szanuję facetów, którzy z uporem maniaków wydają te swoje dema, grywają dla 20 osób w środowy wieczór ale robią to, bo kochają tę muzykę, niż tych wszystkich zmanierowanych gwiazdorków czy sztucznie nadmuchane wydmuszki, którym merch musi wozić osobna ciężarówka.




Zespół finalnie rozpada się. Na szczęście, nim to się stało powstał ostatni, pożegnalny materiał. Dzięki kilku maniakom, udaje się go wydać. To wspaniały hołd i testament, sławiący starą szkołę death metalu. Piekielnego death metalu, od którego siarką czuć na kilometr ale zarazem technicznie i bardzo poprawnie zagranego. Inspiracje są tu oczywiste i słyszalne od pierwszej sekundy ale nie oznacza to wcale, że „Code of Impiety” to przewidywalny album. Nie. Ale zarazem niczym nie zaskakuje. Bo przecież nie o to chodzi, tu nikt nie chciał wymyślać prochu. Kilka ton siarki wystarczy. 

Płyta bardzo schludnie wydana a co ciekawe, zawiera sekcję multimedialną i po wsadzeniu do kompa zyskujemy dostęp bo dwóch demówek. Są tam nawet okładki, które można sobie wydrukować i dzięki temu wstawić na półkę solidne kawałki death metalu. Świetny krok i za to gratulacje dla muzyków i wydawców. 

Wydanie Defense Records/Mythrone Promotion, 2016 rok. Numer katalogowy Defense 043/MP10.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz