czwartek, 3 listopada 2016

Bractwo Węża i jego testament.


W tegorocznym zalewie świetnych black i death metalowych materiałów, thrash metal wydaje się być w odwrocie. Fakt, liczebnością ustępuje, ale za to jakościowo wspina się bardzo wysoko. Po wspaniałym „For All Kings” Anthrax i bardzo dobrym „The Evil Devide” Death Angel, jesień przyniosła nam nowy album Testament. To dobry moment by, zanim skupię się na „Brotherhood of the Snake”, skreślić kilka słów o moich doświadczeniach z Amerykanami. 

Testament nigdy nie był u mnie w czołówce thrashu. Owszem, znałem, słuchałem, ale nigdy tak w pełni do mnie nie przemówili. Potem przyszła zmiatająca wszystko fala black metalu i kompletnie nasze drogi się rozeszły. Aż do 2012 roku kiedy to legendarni thrashowcy wydali „Dark Roots of Earth”. Ajajajaj, jak dobra jest to płyta! Gdzieś w sieci rzucił mi się w oczy teledysk do „Native Blood” i zrobił to na tyle skutecznie, że poleciałem szybciutko po płytę. A ona uruchomiła lawinę, bo wróciłem do starych wydawnictw, kilka musiałem uzupełnić na półce. Nie wszystkie weszły gładko, ale zdałem sobie sprawę, że coś mnie jednak wcześniej ominęło.


Starsi panowie w formie


Na „Brotherhood of the Snake” nie czekałem z wypiekami i spoconymi dłońmi, nie zaznaczyłem tej daty w kalendarzu. Pewnie dlatego, że ten rok jest tak bogaty, iż ciężko mi już za wszystkim nadążyć. Oczywiście wiedziałem, że premiera była jakoś „na dniach”, ale nawet nie zanotowałem w moim magicznym kajecie, by zamówić. Kilka dni temu kompletnie bez większego powodu wszedłem do Empiku, po prostu pooglądać. A nóż coś się trafi. No i oczywiście trafił się Testament. Ucieszyłem się jednocześnie ganiąc się w myślach, że mogłem zapomnieć. Na szczęście los czuwał i nie pozwolił mi pominąć „Brotherhood...”.


I dobrze. Bo to bardzo dobry album. Może w pierwszej chwili nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak „Dark Roots...”, ale z każdym kolejnym przesłuchaniem zbliża się do poziomu poprzednika i coś mi mówi, że może go przeskoczyć. Wszystko się tu zgadza. Jest szybko, momentami to szybkość rozpędzonego walca niosącego spory ciężar, momentami szybkość rajdówki, dająca wrażenie nieograniczonej przestrzenności. Czasami ten walec zwalnia, ale nawet wtedy nie traci nic ze swej mocy i agresji. Podręcznikowe riffy mieszają się z niebanalnymi aranżami i zagraniami z pogranicza thrash i heavy metalu. Wszystko doprawione świetnymi solówkami i dobrymi, często bardzo gniewnymi wokalami. Wisienką na torcie jest tu drugi numer, The Pale King, który aż bezlitośnie dopomina się by rozpuścić włosy i zakręcić młynka. Oczywiście, trzeba jeszcze te włosy mieć. Generalnie wydaje się, że to album brutalniejszy od „Dark Roots...” a na pewno od tegorocznych płyt Death Angel i Anthrax. Brutalniejszy, aczkolwiek mocno osadzony w kanonach i ramach thrash metalu i nie znajdziecie tu niepotrzebnych eksperymentów. Jest tak, jak ma być. Po raz kolejny. Thrash żyje i ma się dobrze. Po raz kolejny dzięki weteranom. Oni potrafią. 

Ocena: 8/10.


P.s. płyta miała premierę 28 października, więc los naprawdę był czujny i zadziałał bardzo szybko ;)



Testament - Brotherhood of the Snake. Nuclear Blast, 2016 rok, numer katalogowy 27361 33272.







"Brotherhood of the Snake" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz