środa, 30 listopada 2016

Sauron w obronie dawnej wiary.


Sauron, mroczny władca jałowego Mordoru, o którym jakiś czas temu zrobiło się cicho, wychynął z lasu. Jeśli myśleliście, że słuch po nim zaginął, bo jakiś mały owłosiony jegomość wrzucił pierścień do ognistej szczeliny, to byliście w błędzie. Pan ciemności postanowił zmienić otoczenie i zamienił wypalone pustkowia na zielone lasy a mroczne twierdze pnące się ku niebu na drewniane grody. I tak sobie w tym lesie posiedział w tajemnicy aż wreszcie uznał, że czas wyjść i pokazać Światu swoje oblicze – niby znane, ale jednak odświeżone.

poniedziałek, 28 listopada 2016

Płock, czyli królestwo death metalu.


Karabin maszynowy. Wybuchy. I jakiś straszliwy głos. Czy to diabeł wydaje rozkazy do ataku? Tak, ale już na początku bitwy zwodzi nas swoją taktyką. Spodziewamy się nalotu dywanowego i błyskawicznej pancernej szarży a dostajemy potężny, najeżony dźwiękiem twardym jak stal, walec. I krzyk. I już wiadomo, że płocki Kingdom spuścił ze smyczy album potężny. Huraganowa perkusja przychodzi chwilę później. Ale za chwilę znowu zwalnia. Nietypowy to otwieracz dla takiej płyty, która w większości gna jak zagony pancerne podbijające Związek Radziecki. Zwalnia momentami, majestatycznie, jakby uzupełniała amunicję na kolejne minuty walki. Rozdaje potężne ciosy precyzyjnie, jak kierowane laserem pociski. Nikt się jej nie oprze.

czwartek, 24 listopada 2016

Stillborn, czyli listopadowa perełka z lutego.


Bogactwo muzyczne tego roku jest ogromne. Rodzime podwórko obrodziło bardziej niż mazowieckie sady w najlepszych latach. A robaczywych jabłek bardzo mało. Choć z drugiej strony, może one wszystkie są robaczywe, jeśli wiecie co mam na myśli ;) W każdym razie, to wspomniane bogactwo powoduje problemy, przynajmniej w moim konkretnym przypadku. Zwyczajnie i po ludzku nie nadążam. Człowiek się starzeje, wiem, ale fakt faktem – płyt zatrzęsienie. Zamówić można ale nie zawsze jest czas na porządne przesłuchanie, wsłuchanie i odbiór. Dziś będzie o jednej z takich płyt właśnie. I to, że dopiero teraz o nim pisze zasługuje na naganę a ja sam na ciężkie prace w kamieniołomach tudzież na pieszą pielgrzymkę do Mielca w worku pokutnym. „Testimonio de Bautismo” ukazał się pod koniec lutego, do mnie dotarł gdzieś w marcu. No, mamy listopad, wiem. Trochę się opóźniłem ale na szczęście ten blog to nie ekspres do Gdańska na który czeka wytęskniona wakacji rodzina, więc nikomu chyba krzywdy nie zrobiłem. Wtedy, w marcu, wskoczył do odtwarzacza na bodajże dwa, trzy razy i ustąpił miejsca innym. Gdy go teraz słucham, wiem, że popełniłem ogromny błąd. Mam taki zwyczaj, że podczas sobotnich porządków wracam do płyt o których wiem, że nie dałem im wystarczająco dużo czasu i za szybko powędrowały na półkę. Ostatniej soboty padło na Stillborn. Kręcił się w odtwarzaczu kilka razy a ja porządki zrobiłem dwa razy szybciej niż zwykle. 

poniedziałek, 21 listopada 2016

Imperium w kryzysie.


Po dwóch dniach oczekiwania na półce odpaliłem wreszcie „The Empire”, najnowszy album Vader. Kiedyś taka sytuacja nie miałaby prawa zaistnieć – wydawnictwo momentalnie wylądowałoby w odtwarzaczu. Choć nie, raczej w magnetofonie, bo czasy gdy wielbiłem zespół z Olsztyna bezgranicznie, dawno temu minęły. Demówki uwielbiam, pierwsze trzy albumy kocham. Potem długo, długo nic mnie nie ruszyło aż wreszcie w 2011 roku ukazał się „Welcome to the morbid reich”. Bardzo dobry album i pomyślałem wtedy, że Vader wraca na dobre tory. Jednak kolejny materiał nie powalił, był raczej z gruntu tych trochę powyżej średniej. Na „The Empire” nie czekałem z wypiekami, szczególnie, że w sierpniu pojawiła się EPka zapowiadająca płytę - „Iron Times”. Cztery utwory w tym jeden cover. Niestety, nieudany, co dziwne w wydaniu Vader. Dwa premierowe numery nie zapowiadały niczego wielkiego ani porywającego, choć „Prayer to the god of war” to całkiem fajny kawałek. „Iron Times” nie zaostrzył apetytu na pełnowymiarowy album, raczej ostudził oczekiwania. 

piątek, 18 listopada 2016

Furia, czyli zwykłe czary wieją. Zwykłe?


Właśnie rozpoczyna się otwierający płytę „Za ćmą, w dym”. Jak ten utwór pięknie się rozwija i ewoluuje! Jak buduje klimat i napięcie, eksploduje, by wreszcie, gdzieś pomiędzy Wełnowcem a Siemianowicami, znowu się uspokoić i zdradzić nam swoje liryczne przesłanie. Zdradza jeszcze jedną bardzo ważną rzecz – to nie będzie płyta black metalowa w klasycznym rozumieniu. Ale jak najbardziej będzie czarna.

środa, 16 listopada 2016

Kosmokrator, czyli pierwszy krok ku supremacji zrobiony.


Jeszcze dwa miesiące temu belgijskiego Kosmokrator nie znałem. Generalnie Belgia bardziej kojarzy mi się z piwem, niż z metalem. Jest oczywiście wspaniały Ancient Rites, ale jedna jaskółka jak to mówią, sceny nie czyni. Któregoś dnia zasiadając do dłuższej analizy niesamowicie skomplikowanego pliku w Excelu szukałem czegoś na jutubie (tak, w pracy korzystam z tego źródła) by sobie ten czas umilić. Gdzieś w oczy rzucił mi się ten długi i ciekawy wyraz a ponieważ lubię odkrywać nowe muzyczne rejony – odpaliłem. Materiał o wdzięcznym tytule „First step towards supremacy” wcale wielce nowym muzycznym rejonem się nie okazał, ale zanim dobrnąłem do końca excelowych łamigłówek, miałem na koncie już kilka przesłuchań. Można z całą pewnością stwierdzić, że trafili mnie i to celnie. 

poniedziałek, 14 listopada 2016

Krzyk pośród turni i jezior.

Wędrujący Wiatr. Wędrujący po Warmii i górach. W dużym uproszczeniu, stamtąd pochodzą panowie odpowiedzialni za ten zespół. Są to też rejony bliskie memu sercu. Góry schodziłem wzdłuż i wszerz dzięki moim rodzicom, zapalonym turystom. Warmia jest mi bliska poprzez miasto Olsztyn i ludzi, których tam poznałem. Dość powiedzieć, że jest to jedno z moich ulubionych miejsc a góry zawsze będą memu sercu bliskie.

czwartek, 10 listopada 2016

Otchłań kosmosu, czyli dzieło wspaniałe.

Nie wiem czy gdzieś, w odległych galaktykach a może w tych bliższych, istnieją jakieś obce cywilizacje. Wiem natomiast, że gdyby postanowiły się z nami skontaktować, mogłoby brzmieć to jak ta płyta. Bo wyobraźcie sobie potężny, szalejący wir otwierający się na niebie, mieniący się tysiącem barw i bezlitośnie wciągający wszystko, co z człowieczej ręki powstało. Wciągający, miotający tym wszystkim i miażdżący. Powoli, brutalnie, nieziemsko skutecznie. Kawałek po kawałku rozgniatający wszystko na maleńkie atomy, wtapiające się później w jego nieskończoność. Nie dawałby on żadnych szans i żadnej litości, miotał meteoryty i pluł lawą ale zarazem byłby hipnotyzująco przerażająco piękny. Tak mogłoby to wyglądać, choć jest to raczej scenariusz na kiepski film science-fiction. Tu, na tym albumie, wszystko jest pierwszorzędne a scenariusz zniszczenia zrealizowany perfekcyjnie.


poniedziałek, 7 listopada 2016

Krzyk zza grobu.


Są takie zespoły na tym Świecie, które pomimo niewielkiej aktywności wydawniczej, osiągają status „kultowych”. Fakt, często jest tak, że określenie to przypisywane jest na wyrost zespołowi, który na to nie zasługuje. Jednym z takich zespołów na pewno nie jest Infatuation Of Death. 

Wiecznie podziemny twór, złożony z muzyków grających także w innych kapelach, który na koncie ma kilka demówek. No i jeden longplej – tegoroczny. Aha, zapomniałbym – zespół już nie istnieje. I ten album nie jest jego zmartwychwstaniem, tylko krzykiem zza grobu. Bardzo donośnym krzykiem. 

czwartek, 3 listopada 2016

Bractwo Węża i jego testament.


W tegorocznym zalewie świetnych black i death metalowych materiałów, thrash metal wydaje się być w odwrocie. Fakt, liczebnością ustępuje, ale za to jakościowo wspina się bardzo wysoko. Po wspaniałym „For All Kings” Anthrax i bardzo dobrym „The Evil Devide” Death Angel, jesień przyniosła nam nowy album Testament. To dobry moment by, zanim skupię się na „Brotherhood of the Snake”, skreślić kilka słów o moich doświadczeniach z Amerykanami. 

wtorek, 1 listopada 2016

De Profundis i Moonlight, czyli wyjątkowy listopad.


Listopad, który dziś się rozpoczął, zapowiada się wyjątkowo ciekawie. Może nie na tle innych miesięcy tego roku, bo to wyjątkowo mocny rok, ale na tle listopadów minionych już tak. Wśród nadchodzących wydawnictw, moja sentymentalna dusza wyławia dwa, które serwują nam legendy krajowej sceny. Gdyby dwadzieścia lat temu te zespoły wydały nowe albumy w tym samym miesiącu, pół Polski wariowałoby z radości. I spory kawałek Świata. Dziś to już nie ten kaliber, jednak ponieważ sentyment jest, wielu czeka niecierpliwie. Mowa oczywiście o Christ Agony i Vader.