wtorek, 4 października 2016

Synowie Północnych Ciemności na wzgórzu Ulriken.


„Tego dnia wszystko wyglądało jak zawsze. Codzienność dużego miasta, gwar i hałas. Mieszkańcy spieszący w swoich sprawach, turyści plączący się bez konkretnego celu. Dzień, jakich to miasto widziało już tysiące. A jednak coś było inaczej, tylko nikt tego nie zauważał. Coś co miało nadejść i wyczuwalne było bardzo delikatnie. Jakieś dziwne napięcie, coś nienazwanego zbierającego się w powietrzu. Wiedział o tym doskonale samotny człowiek wspinający się na wzgórze Ulriken. Czuł tę siłę wewnątrz siebie, bo tak naprawdę był jej twórcą. Gdy dotarł na szczyt, odpoczął chwilkę i spojrzał w niebo. Było ciemne, wiał mocny wiatr i toczył zwaliste chmury nad miasto. Zaczął padać deszcz. Zimny i tnący policzki jak okruchy szkła. Jemu to nie przeszkadzało. Lubił listopad w Norwegii. Choć czekał na grudzień. W tym roku mróz i lód nadejdzie szybciej. Uśmiechnął się sam do siebie i wzniósł wysoko w górę miecz. Ku niebu. Krzyknął przy tym kilka słów i był to Sygnał dla Hord Północy. Zaczęło się! W następnych minutach rozpętały się Głośne Sztormy, szalejące w każdym zakątku Północnej Otchłani. Nie było schronienia dla nikogo. Rozszalały się śnieżne zamiecie. Temperatura drastycznie spadła a wszystko zostało Zmrożone Lodowymi Wiatrami. A on tylko stał i patrzył na to z uśmiechem. Obserwował swojego kompana, jak wspina się tą samą drogą, którą on tu chwilę wcześniej wszedł. Finalne dzieło zniszczenia będą podziwiali razem. Bo razem do niego doprowadzili. Ten upragniony widok nie może ich ominąć. Nadchodzi, niesiony na skrzydłach Wiatru Zagłady kres wszystkiego. Otworzy się Wieczność by pochłonąć wszelkie życie. Słońce już Nigdy nie Wstanie.”


Ulriken

Pierwszego listopada 1993 roku Immortal wydał drugi album o rozkosznie brzmiącym tytule „Pure Holocaust”. Pamiętam, że poznałem go w dość niefortunnych okolicznościach, bo krótko po przesłuchaniu „Battles in the north” - trzeciego albumu Norwegów, który tak mnie zachwycił, że „Pure holocaust” gdzieś mi tam przeleciał przez uszy i zaraz wróciłem do Bitew... Szkoda, bo już wtedy powinienem poznać się na jego sile i znaczeniu dla norweskiego black metalu. W tej chwili nie boję się powiedzieć, że to jeden z najważniejszych albumów tamtych lat. Mam jednak wrażenie, że nie jest należycie doceniany. A szkoda. Przecież tam wszystko jest tak jak należy a nawet lepiej. To jeden z tych kilku albumów, który może zostać określony jako esencja norweskiego BM, podręcznikowy przykład i wzór. I chyba ostatni (choć dopiero drugi) prawdziwie podziemny w wydźwięku album Immortal. No i te tytuły! Przecież to jest proszę państwa sam miód! Tfu, siarka!


Posiadam wznowienie Osmose Productions. Numer katalogowy OPCD 019.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz