piątek, 28 października 2016

Niecne podszepty zza oceanu.


Są takie dni, takie wieczory, kiedy lubię sobie posłuchać spokojnej, kojącej, pięknej muzyki. Takiej, gdzie krystaliczne brzmienie uwypukla każdy dźwięk, każde dotknięcie struny czy każde słowo wokalisty. Takiej, która pełna jest wspaniałych melodii, niekoniecznie wesołych, ale czystych jak poranna rosa. Muzyki, która posiada ogromną głębię, drugie, trzecie czy nawet piąte dno, którego odkrycie zajmuje setki godzin przesłuchań. Muzyki, która serwuje nam wspaniałe gitarowe pasaże, techniczne fajerwerki, cudownie skomplikowane solówki i niebanalne aranże. Tak, są takie dni i są takie wieczory. Często sięgam wtedy po coś spoza szeroko pojętego metalu, bo tam przecież o to łatwiej. Siadam wygodnie z herbatą, w ciepłych kapciach i rozkoszuję się chwilą, która mogłaby trwać wiecznie. 

Ale nie trwa. I dobrze. Bo takie wieczory zdarzają mi się rzadko. Ten też nie był jednym z nich. Płyta, której słuchałem nie ma w sobie nic z powyższego opisu, nawet jednej sekundy. To wręcz całkowite zaprzeczenie pięknych melodii, harmonii, krystalicznego brzmienia i skomplikowanych solówek. Tego tu znajdziecie i nikt nie znajdzie. Jedyne co Was spotka, to łupanka, brud, przester i ryki. Ale przecież za to, między innymi, kochamy metal. Jest szansa, że słuchając tej płyty odpowiednio głośno, w ciasnym mieszkaniu jednego z tysięcy polskich blokowisk, spowodujecie nerwicę u sąsiadów. Albo szaleństwo. Słuchając jej odpowiednio często, macie szansę sami zwariować. Jasne, nie będzie to takie proste, bo przecież uszy macie uodpornione, jak każdy z nas, wieloletnich wyznawców piekielnej estetyki metalu. Ale zawsze warto dać jej szansę, bo moc rażenia ma ogromną. W najgorszym wypadku dostaniecie mocno po gębie, ale raz na jakiś czas to nawet wskazane. 

I choć jest tak odrażająca, tak brzydka, tak obleśna i nieprzyjemna – przyciąga. Jak cholerny bluźnierczy magnes. Korci i szepcze słodko do ucha, wabi, kusi i nie daje o sobie zapomnieć. Raz na jakiś czas ulegamy. Bo przecież kochamy tę dziką, nieokiełznaną brutalność, te pierwotne odruchy pełne szaleństwa, które ze sobą niesie. Ale tylko raz na jakiś czas. Trzeba przecież mieć litość dla sąsiadów. 

Profanatica – Thy Kingdom Cum.


Wydanie Hell's Headbangers Records, 2013 rok, numer katalogowy Hells 113.







"Thy Kingdom Cum" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz