środa, 19 października 2016

Nie schodźcie do piwnicy, czyli Deus Mortem.


Dwadzieścia minut. Czasami potrzeba tylko dwudziestu minut, by niebo pociemniało, mrok otulił ulice i domy, a wszelkie robactwo rozochocone wyległo na powierzchnię. Dwadzieścia minut. Czasami dwadzieścia minut wystarczy, by podłoga mieszkania zamieniła się w wylany smołą kocioł pełen ognistej siarki. By czart zaczął odprawiać harce tuż przed twoim nosem, na środku pokoju. A najlepsze jest to, że przyzwałeś go sam, wkładając do odtwarzacza najnowsze dzieło Deus Mortem. 

Tyle właśnie trwa wydana kilkanaście dni temu EPka „Demons of Matter and the Shells of the Dead”. Piekielne dwadzieścia minut złożone z trzech utworów. Pierwsze dwa to muzyczne serce i płuca black metalu. To takie utwory stanowią o wieloletnim bycie tego gatunku, nie pozwalają mu zaginąć i napędzają do dalszej egzystencji. Trzeci to jego dusza. To jeden z tych utworów, które nagrywa się rzadko, jeden z tych, które pozostają w pamięci na długo, bo są dla black metalu jak hymny, jak ody do ciemności. Potężne, podniosłe i miażdżące. O ile pierwsze dwa stanowią o jakości tego materiału, to trzeci o jego wyjątkowości. 





Deus Mortem swoimi poprzednimi dwoma wydawnictwami ustawił sobie poprzeczkę dość wysoko, jednak pułap ten osiągnął z zapasem. Trudno było się spodziewać czegoś innego, skoro za wszystko odpowiedzialny jest tak doświadczony bluźnierca jak N., którego możemy zaliczyć do jednego z weteranów sceny. Złożoność kompozycji, aranżacje, brzmienie poszczególnych instrumentów i całości. Wszystko na najwyższym poziomie. Dopełnione głębią wokalu daje piorunujący efekt. Ale najważniejszy jest tu klimat. Coś, bez czego dobra płyta black metalowa nigdy dobrą płytą black metalową nie będzie. Tu, w tych dwudziestu minutach, jest tak gęsto, tak ciemno i tak bluźnierczo a zarazem mistycznie, że próżno szukać za oknem Słońca. I nie trzeba słuchać tej muzyki w piwnicy, by poczuć się jak w lochach ciemnej otchłani.

Pomimo tego, że jesteśmy świadkami wspaniałego roku dla rodzimego metalu, ten materiał trudno przebić. Z jednej strony szkoda, że to tylko trzy utwory, z drugiej – apetyt na pełnowymiarowe wydawnictwo został diabelnie rozbudzony. Całość dopełnia staranne i bardzo atrakcyjne graficznie wydanie, co w przypadku Malignant Voices nie dziwi. 

Brać, nie zastanawiać się!


Ocena: 9/10 

Wydanie Malignant Voices, 2016 rok, numer katalogowy MV17.







"Demons..." na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz