wtorek, 25 października 2016

"Arctic Thunder", czyli Darkthrone na luzie.


Nowy Darkthrone! Kilkanaście lat temu na taką wieść dostawałem palpitacji serca i niezdrowego pocenia dłoni. Kilka lat temu, było już tylko pocenie dłoni i uśmiech radości. Dziś pozostaje już tylko ten ostatni. Człowiek dojrzał, nie podnieca się już tak pierwszym lepszym norweskim diabelstwem. Nawet o takiej nazwie. Ale się cieszę. Tak szczerze. Bo ja po prostu lubię tych gości i ich postawę „mamy wyjebane na wszystko”. Lubię ich luz i podejście do muzyki. Grają to, co im w danym momencie w duszy siedzi i nie oglądają się na innych. W ostatnich latach ubyło im sporo wiernych fanów ale ja się nigdzie nie wybieram. I wiem, że „Arctic Thunder”, czyli najnowsze dzieło norweskiego duetu, tego nie zmieni. 





Nie jest to jednak dzieło wybitne. A skąd. To nawet nie jest świetny album. W tym roku słyszałem co najmniej kilka lepszych. Nie jest to też album z gruntu słaby, czy choćby nudny. On jest po prostu cholernie nierówny. Momenty świetne przeplatają się ze słabymi, bardzo dobre z ledwo dobrymi i tak przez całe czterdzieści minut. Pewnie, powiecie, że tak jest na większości płyt. Jest, ale nie w takim stopniu. Dawno nie słuchałem płyty, która wzbudzała we mnie tak mieszane i skrajne uczucia. Na szczęście momenty dobre i bardzo dobre są jednak w większości i w tej chwili wygląda to tak, że im więcej słucham „Arctic Thunder”, tym bardziej mi się podoba. Przestaję zwracać uwagę na lekko nużące czy oklepane jak gęba kiepskiego boksera fragmenty. Cieszę się tym charakterystycznym wokalem, świetną pracą perkusji, ciekawymi gitarami. Cieszę się klimatem tej płyty, bo niepodważalnie i bezdyskusyjnie jest to klimat Darkthrone. Nie da się ukryć, że powrócili troszkę do starszych lat swojej twórczości i słychać tu echa „A Blaze...” czy „Total Death” choćby, ale nadal jest tu ta punkowa energia. Szczerze mówiąc – łatwiej powiedzieć, czego tu nie ma niż co jest, bo znajdziemy także elementy heavy, thrash metalowe i kilka odniesień do wielu innych muzycznych nurtów. Bazą jest black metal, ale jest to baza bardzo luźna. Jest kilka zaskakujących aranżacji, których po norweskim duecie bym się nie spodziewał, choć właściwie – czemu nie? Jak nie oni to kto? Przecież mają „wyjebane”. Robią co chcą. I dlatego właśnie ta płyta, pomimo kilku słabszych czy wręcz słabych momentów, jeszcze nie raz zagości w moim odtwarzaczu. Bo jest luźna, bez napinki, po prostu zagrana tak jak chcieli, nagrana tak jak chcieli i nie zobowiązuje ani ich, ani mnie do niczego. 

Jestem pewien, że jeśli tylko Pan Radny Fenriz, znajdzie czas by nagrać następną płytę, sięgnę po nią bardzo chętnie. „Arctic Thunder” nie spowodował i nie spowoduje, że z okazji kolejnego albumu spocą mi się dłonie. Ale uśmiech będzie, to pewne. 

Ocena: 7/10

Wydanie Peaceville Records, 2016 rok, numer katalogowy CDVILEF568.







"Arctic Thunder" na Discogs:

2 komentarze:

  1. Racja, że materiał na tej płycie jest bardzo nierówny ale jakoś potrafię słuchać tego dwa razy dziennie i mógł bym więcej, w przeciwieństwie do innych tegorocznych nowości, którymi wszyscy się zachwycają a ja nie potrafię przebrnąć nawet pierwszego wałka.

    OdpowiedzUsuń
  2. wszystko kwestia gustu. ja uważam ten rok za bardzo obfity w świetne materiały i oczywiście cieszy mnie to :) od przybytku głowa nie boli. a Darkthrone też mogę słuchać dwa razy dziennie.

    OdpowiedzUsuń