piątek, 28 października 2016

Niecne podszepty zza oceanu.


Są takie dni, takie wieczory, kiedy lubię sobie posłuchać spokojnej, kojącej, pięknej muzyki. Takiej, gdzie krystaliczne brzmienie uwypukla każdy dźwięk, każde dotknięcie struny czy każde słowo wokalisty. Takiej, która pełna jest wspaniałych melodii, niekoniecznie wesołych, ale czystych jak poranna rosa. Muzyki, która posiada ogromną głębię, drugie, trzecie czy nawet piąte dno, którego odkrycie zajmuje setki godzin przesłuchań. Muzyki, która serwuje nam wspaniałe gitarowe pasaże, techniczne fajerwerki, cudownie skomplikowane solówki i niebanalne aranże. Tak, są takie dni i są takie wieczory. Często sięgam wtedy po coś spoza szeroko pojętego metalu, bo tam przecież o to łatwiej. Siadam wygodnie z herbatą, w ciepłych kapciach i rozkoszuję się chwilą, która mogłaby trwać wiecznie. 

wtorek, 25 października 2016

"Arctic Thunder", czyli Darkthrone na luzie.


Nowy Darkthrone! Kilkanaście lat temu na taką wieść dostawałem palpitacji serca i niezdrowego pocenia dłoni. Kilka lat temu, było już tylko pocenie dłoni i uśmiech radości. Dziś pozostaje już tylko ten ostatni. Człowiek dojrzał, nie podnieca się już tak pierwszym lepszym norweskim diabelstwem. Nawet o takiej nazwie. Ale się cieszę. Tak szczerze. Bo ja po prostu lubię tych gości i ich postawę „mamy wyjebane na wszystko”. Lubię ich luz i podejście do muzyki. Grają to, co im w danym momencie w duszy siedzi i nie oglądają się na innych. W ostatnich latach ubyło im sporo wiernych fanów ale ja się nigdzie nie wybieram. I wiem, że „Arctic Thunder”, czyli najnowsze dzieło norweskiego duetu, tego nie zmieni. 

piątek, 21 października 2016

Muzycznie i literacko wierni Bogom.


Jesienne i zimowe wieczory mają to do siebie, że bywają długie i chłodne. Przyjemnie spędza się je w domowym zaciszu, z książką i dobrą muzyką. Wiem, że z czytaniem książek w narodzie najlepiej nie jest, ale nie tracę nadziei. Czemu? Wystarczy wejść do pierwszej lepszej księgarni – książek na potęgę, co chwilę wychodzą nowe, czyli jednak zapotrzebowanie jest. Po drugie, metalowcy to w dużej mierze ludzie inteligentni, lubiący czytać. W każdym razie ja wielu takich znam. Z tego względu będzie dziś nietypowo – pisałem co prawda już o książkach, jednak były to pozycje bezpośrednio związane z muzyką. Dziś chcę Wam przedstawić powieść teoretycznie niezwiązaną z metalem. Ale tylko teoretycznie, bo przecież tematyka rodzimowierstwa nie jest black metalowi i metalom obca. Do tego, jakby w komplecie, muzyka świetnie do lektury pasująca. Na mnie ten zestaw zadziałał bardzo dobrze i muszę przyznać, że jedno uzupełniało i dopełniało drugie. 

środa, 19 października 2016

Nie schodźcie do piwnicy, czyli Deus Mortem.


Dwadzieścia minut. Czasami potrzeba tylko dwudziestu minut, by niebo pociemniało, mrok otulił ulice i domy, a wszelkie robactwo rozochocone wyległo na powierzchnię. Dwadzieścia minut. Czasami dwadzieścia minut wystarczy, by podłoga mieszkania zamieniła się w wylany smołą kocioł pełen ognistej siarki. By czart zaczął odprawiać harce tuż przed twoim nosem, na środku pokoju. A najlepsze jest to, że przyzwałeś go sam, wkładając do odtwarzacza najnowsze dzieło Deus Mortem. 

poniedziałek, 17 października 2016

Jestem śmieszny czort, czyli Romana głos z ciemności.


Roman przemawia do nas od lat. W najróżniejszy sposób. Najczęściej, za pomocą charakterystycznych i nietuzinkowych tekstów, które są niebagatelnym składnikiem każdej płyty Kata. Wiele z nich jest bardzo osobistych, w innych pojawiają się tylko dalekie odniesienia do życia autora. Sporo mogliśmy się z nich dowiedzieć, wiele jednak jeszcze pozostało do powiedzenia. I wreszcie Roman powiedział.


piątek, 14 października 2016

Owls Woods Graves, czyli widziałem diabła w lesie.


Stary garaż na zapomnianym blokowisku. Marazm okolicy przebija przez wszystko, co tu się znajduje. Zza sfatygowanych blaszanych drzwi słychać dźwięki. Na pozór to kompletny chaos i kakofonia, ale wystarczy otworzyć drzwi i wejść... Odpadający tynk, na kilku fragmentach ścian i sufitu, jako wygłuszenie, opakowania po jajkach. Na środku zwisa jedna smutna żarówka i kołysząc się rzuca niepokojące cienie. Zdezelowana perkusja, z centralą oklejoną taśmą a obok, na szafce, niewielki wzmacniacz, z którego już nic więcej nie da się wykręcić. Puste butelki po winie i browarach, sporo niedopałków, masa kurzu. I oni. Młodzi, pełni zapału, choć bez wielkich umiejętności. Przyszli tu z różnych rodzin i z różnymi muzycznymi doświadczeniami. Nie wiedzą jeszcze co tak naprawdę chcą grać. Byle szybciej, byle mocniej, byle nienawistniej.

środa, 12 października 2016

Lathspell, czyli black metalowa uczta.


Finlandia. Piękny kraj. Miałem to szczęście go odwiedzić i bardzo chętnie zrobiłbym to ponownie. Jeziora, lasy, lasy, jeziora. Wczesne ciemności powodują co prawda sporo depresji w narodzie, zwiększone spożycie alkoholu i sporą liczbę samobójstw ale zarazem obdarzają ten kraj płodnymi black metalowymi umysłami. Pisałem już wcześniej o Kalmankantaja (tu i tu), która jest dla mnie sporym tegorocznym odkryciem. Lider tegoż zespołu gra jeszcze w kilku innych hordach, jedną z nich jest świetny Lathspell. O ile Kalmankantaja to atmosfera, klimat, granie wolne i monotonne, tak Lathspell to czysta black metalowa wojna. Zespół ma już na koncie kilka wydawnictw, w tym roku ukazało się najnowsze pełnowymiarowe dzieło o pięknym tytule „Torn Cold Void”. Oznacza to mniej więcej tyle, że w tytule znowu mamy Pustkę – ostatnia płyta Kalmankantaja to też Pustka (po fińsku Tyhjyys). Możemy więc z czystym sumieniem ogłosić, że 2016 to rok pustki! Przynajmniej w Finlandii. Jak dla mnie, jeśli pustka dla tych panów oznacza taką dobrą muzykę - mogą każdy kolejny album nazywać pustką lub jakkolwiek będą chcieli ją odmienić. Taka pustka to skarb!

poniedziałek, 10 października 2016

Tyhjyys, czyli pustka rodem z Finlandii.


Słuchając „Tyhjyys” mam ochotę na spacer jesiennym lasem. Długi, samotny spacer gdzie jedynym towarzyszem będzie aura, choćby i kapryśna, deszczowa i chłodna ale w jakimś aspekcie piękna. Poczuć delikatne krople deszczu na przemian z ostatnimi promieniami słońca, lekki podmuch wiatru delikatnie unoszący rdzawe liście. Wilgoć na butach i daleki krzyk ptaka. I pustka, ludzka pustka. I podążać tak ścieżką znaną i przyjazną, jak melodie, wytyczające szlak tej płyty. To one prowadzą nas przez te 43 minuty spokojnego, atmosferycznego black metalu. To one sprawiają, że las w którym spacerujemy nie jest wcale bardzo mroczny. To one dają powody do zadumy i całego szeregu uczuć, które pojawiają się podczas jesiennych wieczorów wypełnionych muzyką Kalmankantaja. Black metal ma różne oblicza i nie zawsze musi to być agresja. Tyhjyys to płyta spokojna, jednostajna, momentami monotonna, jednak dzięki wysunięciu na pierwszy plan prostych ale ciekawych melodii, nie nudzi. Rzekłbym wręcz, że prze do przodu nie gorzej niż niejedna nawalanka, tylko dużo dostojniej. Ma po prostu inny motor napędowy, który zwie się klimat. Jemu wszystko tu jest podporządkowane – także brak jakichkolwiek fajerwerków. Grając wolno i raczej smutno, można pokusić się o jakieś wodotryski, jednak Kalmankantaja tego nie robi. I dobrze, bo w końcu po co malować grób na różowo? Nie zmieni to jego funkcji, jedynie może ośmieszyć. Wszystko tu jest zagrane jak należy, podręcznikowo i wedle prawideł sztuki. Nic nowego ta płyta do gatunku nie wniesie, może jednak wnieść piękną atmosferę w niejeden jesienny bądź zimowy wieczór. Taki, kiedy po całym dniu masz ochotę poleżeć i po prostu się wyłączyć. Sączący się z głośników Tyhjyys doskonale w tym pomoże. Środowisko naturalne tej płyty to właśnie takie momenty. Oraz jesienny, bądź zimowy las i samotna wędrówka. 

czwartek, 6 października 2016

"Black Metal Ewolucja Kultu", czyli niewykorzystany potencjał.


Dayal to doskonały autor o wręcz nerdowskim (w najbardziej pozytywnym sensie tego słowa) zapale oraz wyczuleniu na wszelkie szczegóły i niuanse. Lektura tego, co udało mu się tutaj zebrać, począwszy od naszej rozmowy o początkach mojego zespołu, była autentycznie poruszająca. Jeśli pozostałe rozdziały napisano z tą samą dbałością (a podejrzewam, że tak), mamy tu do czynienia z najrzetelniej opracowaną encyklopedią black metalu.” – Kristoffer Rygg (Garm), Ulver

wtorek, 4 października 2016

Synowie Północnych Ciemności na wzgórzu Ulriken.


„Tego dnia wszystko wyglądało jak zawsze. Codzienność dużego miasta, gwar i hałas. Mieszkańcy spieszący w swoich sprawach, turyści plączący się bez konkretnego celu. Dzień, jakich to miasto widziało już tysiące. A jednak coś było inaczej, tylko nikt tego nie zauważał. Coś co miało nadejść i wyczuwalne było bardzo delikatnie. Jakieś dziwne napięcie, coś nienazwanego zbierającego się w powietrzu. Wiedział o tym doskonale samotny człowiek wspinający się na wzgórze Ulriken. Czuł tę siłę wewnątrz siebie, bo tak naprawdę był jej twórcą. Gdy dotarł na szczyt, odpoczął chwilkę i spojrzał w niebo. Było ciemne, wiał mocny wiatr i toczył zwaliste chmury nad miasto. Zaczął padać deszcz. Zimny i tnący policzki jak okruchy szkła. Jemu to nie przeszkadzało. Lubił listopad w Norwegii. Choć czekał na grudzień. W tym roku mróz i lód nadejdzie szybciej. Uśmiechnął się sam do siebie i wzniósł wysoko w górę miecz. Ku niebu. Krzyknął przy tym kilka słów i był to Sygnał dla Hord Północy. Zaczęło się! W następnych minutach rozpętały się Głośne Sztormy, szalejące w każdym zakątku Północnej Otchłani. Nie było schronienia dla nikogo. Rozszalały się śnieżne zamiecie. Temperatura drastycznie spadła a wszystko zostało Zmrożone Lodowymi Wiatrami. A on tylko stał i patrzył na to z uśmiechem. Obserwował swojego kompana, jak wspina się tą samą drogą, którą on tu chwilę wcześniej wszedł. Finalne dzieło zniszczenia będą podziwiali razem. Bo razem do niego doprowadzili. Ten upragniony widok nie może ich ominąć. Nadchodzi, niesiony na skrzydłach Wiatru Zagłady kres wszystkiego. Otworzy się Wieczność by pochłonąć wszelkie życie. Słońce już Nigdy nie Wstanie.”

niedziela, 2 października 2016

Asphyx, czyli holenderska maszyna śmierci.


„I nadejdzie śmierć! - krzyknął prorok. Nadejdzie i zmiecie wszystko z powierzchni tej ziemi. Zmiecie wasze domy, wasze miasta, wasze życia. Zmiecie was, marni grzesznicy, śliniący się na własną materialność. Zmiecie i zmiażdży wszystko co kochacie i co znacie. Przetoczy się po was i waszych bliskich jak potężny walec nadziany kolcami. Będziecie uciekali, będziecie krzyczeli, będziecie wzywali pomocy. Na nic się to nie zda! Na nic! Bądźcie tego świadomi, bo nie ma dla was nadziei! Bo nadchodzi zagłada, koniec wszystkiego i śmierć ostateczna tego padołu cielesnego. Potężna nawałnica zagłady przetoczy i przewali się przez świat, jak żelazny sztorm, którego jeszcze nigdy nie widziano. Módlcie się, padajcie na kolana, błagajcie! Ale to wszystko na nic! Wszyscy zginiecie! Bo nadchodzi Śmierć!”

I nadeszła. Jeńców nie brał nikt, same zgliszcza i trupy. Jak zwykle, gdy Asphyx wyda nową płytę.