niedziela, 4 września 2016

Morze wódki i tańce w klapkach, czyli mój koncertowy kult.


Daleko lub blisko. Autobusem, pociągiem, lub piechotą. Sam lub z ekipą. Dni słoneczne, dni deszczowe, dni zimowe. Underground, Mega Club, Hala Huty Baildon, Rude Boy…

Bez znaczenia. 

Gwar rozmów i nerwowe wyczekiwanie. Chór głosów skandujący tę krótką, ikoniczną nazwę. Szybko dopijane piwo i dopalane papierosy. Powoli rozjaśniające się światła. Intro lub bez intra. I wreszcie start. To kompletnie nie istotne, który utwór na początek, bo wszystkie znam. Ciary, podniecenie, uniesienie i krzyk. 

KAT zaczął misterium.

Nie wiem ile razy przerabiałem ten scenariusz. Nie ważne. Pewnie z resztą nie każdy koncert wyglądał tak samo, ale tak je pamiętam. I za każdym razem czuję się jak mały dzieciak w wesołym miasteczku. Chcę jeszcze. Jeśli jutro graliby w Warszawie, poszedłbym z takim samym podnieceniem jak za pierwszym razem. A pierwszy raz był w Mega Clubie i doskonale go pamiętam. Podarta koszulka „Oddech wymarłych światów”, posklejane włosy i zdeptane glany. Część koncertu spędzona na kolumnach, z których widoczność była wspaniała. Szał pod sceną. I spora grupa znajomych, wszyscy zachwyceni. Wtedy poczułem, wtedy zyskałem pewność, że każdy kolejny też będzie wspaniały. I tak było. Nawet całkiem niedawno, gdy przyjeżdżali do klubu oddalonego od mojego mieszkania o kilkaset metrów. Śmialiśmy się z kumplami, że mogłem przyjść w kapciach.


Na te koncerty mogłem iść w kapciach ;)

Roman szalejący na scenie, tańczący w klapkach do „Wyroczni”, jego dialogi z publiką, wspólne śpiewanie „Łzy”, „Głosu z ciemności” czy „Diabelskiego domu”. Wszystko to dzieje się na każdym koncercie i doskonale wiesz, że będzie ale i tak czekasz na to za każdym razem z takim samym podnieceniem. Tysiące emocji i momentów uniesienia. Czasami łzy w oczach. Magnetyzm i magia. 

Gdy się nad tym zastanowić, znalazłoby się pewnie wiele czynników wpływających na takie a nie inne odbieranie ich koncertów. To swojskie chłopy ze Śląska, teksty mają po polsku, muzyka wręcz idealna na koncerty. No i są całkiem przystępni. Po jednym z koncertów wypiliśmy na bekstejdżu z Irkiem i Romanem morze wódki. Nie czułem jednak, że piję gorzałkę z idolami mojej młodości. Nie, piłem ją jak ze starymi znajomymi, z którymi zobaczę się pewnie za kilka dni. Kiedy przejdzie kac. 

Bo KAT jest ze mną od wielu, wielu lat a gdy znasz kogoś tak długo, fajnie jest się z nim czasem spotkać. 

--------

Nie jestem wielkim fanem wydawnictw koncertowych. Jakoś dziwnie mi się słucha zapisu koncertu siedząc na kanapie w domu. Są jednak wyjątki. Jednym z nich jest „Somewhere In Poland”. Album nagrany podczas koncertu we wrocławskiej Hali Ludowej. Posiadam wersję audio, jednak jest to naprawdę wyjątkowy przypadek, gdyż uwielbiam ten występ także oglądać. Obraz to chyba nawet jego główna siła. Ponieważ nie lubię oglądania koncertów na DVD, mówi mi to, jak świetny jest to materiał. W dobrej jakości można go zobaczyć także na jutub, polecam tym, co nie znają. 


KAT – „Somewhere in Poland”. DBC, 2004 rok, numer katalogowy DBC 016.






1 komentarz:

  1. Z KATem zawsze miło się spotkać. Załatwianie koncertów z Irkiem to była lepsza przygoda niż wile innych. Zypełnie inna od naszych młodzieńczych wypadów na koncerty.

    OdpowiedzUsuń