czwartek, 22 września 2016

Mentor, czyli cmentarny rock'n'roll.


Macie ochotę na imprezę na cmentarzu? Imprezę, na której wszystko wolno? Taką, na której podła whiskey leje się strumieniami a spore grono uczestników jest w stanie ,delikatnie mówiąc, lekkiego nadgryzienia zębem czasu? Imprezę, na której możecie pooglądać gwiazdy z poziomu zakopanej trumny, bo jej dotychczasowy właściciel przed chwilą ją opuścił i właśnie wesoło hasa pomiędzy nagrobkami? Taką, gdzie do tańca rwą się absolutnie wszyscy a niektórzy aż dosłownie – wymachując swoimi nadgniłymi kończynami? Imprezę, na której alkohol serwuje podejrzany gość z racicami a zepsute zakonnice tańczą nad płomieniami zniczy? I tylko dozorca, związany i zakneblowany, trzęsie się ze strachu w cmentarnej kaplicy. Upiorne szaleństwo w świetle księżyca, z umarłymi ramię w ramię. Noc żywych trupów i dzikiego zmartwychwstania. Cmentarny rock'n'roll. 

Macie ochotę? Ja nie zdawałem sobie sprawy, że mam, a jednak dziś byłem na takiej właśnie imprezie. Choć najbliższy cmentarz mam kawał drogi od domu, to już dwadzieścia minut po wyjściu z pracy, siedziałem z butelką Jacka na krawędzi grobu wesoło machając nogami i gwiżdżąc radośnie pod nosem. Teoretycznie miałem zostać przez pół godziny, bo potem wiecie – obowiązki domowe i takie tam. Ale siedzę już od dwóch godzin i wcale nie zamierzam wracać. Chcecie się przyłączyć? Nic prostszego. Nie potrzebujecie łopaty, kilofa, Jacka czy nawet cmentarza. Wystarczy, że odpalicie „Guts, graves and blasphemy” - debiutancki album Mentor. To takie vipowskie zaproszenie, które daje Wam największe przywileje i zawsze moc atrakcji.


The Mentors - profesjonalna organizacja wesel na cmentarzach


To, że jest to debiut nie świadczy, że debiutują na scenie muzycy Mentor. Mamy tu panów znanych z Thaw i J.D. Overdrive, co oznacza, że poziom umiejętności i doświadczenia jest wysoki. I musi być, bo jeśli weźmiemy pod uwagę, że jest to wszystko lekkim żartem (szczególnie w sferze lirycznej), to trzeba umieć taki żart przygotować. By nie wyszła kpina ewentualnie żenada. Jeśli się mylę i wszystko jest tu ze śmiertelną powagą, to kończę pisanie. Jednak znam trochę wokalistę, który tu występuje pod pięknym pseudonimem King of Nothing, i wiem, że to jegomość z ogromnym dystansem i poczuciem humoru. Wracając jednak na ten nasz cmentarz – impreza rozkręca się bardzo szybko i trwa 30 minut. Zasadniczo jest to jedna wielka jazda do przodu, z kilkoma wolniejszymi fragmentami – nawet truposze muszą odsapnąć. Mamy tu thrash, crossover, black, doom, stoner (wiemy czyja to zasługa, Wojtku) i tym podobne odmiany czarnej sztuki. Generalnie każdy kto lubi fajną, wesołą jazdę do przodu, przy której można potupać nóżką, zawiedziony nie będzie. Ja na własne potrzeby określam Mentor jako cmentarny rock'n'roll. Bardzo byłem ciekaw jak wokalnie wypadnie King of Nothing, którego bardzo cenię za wokale w JDO. Słychać, że to on, ale pokazał, że spektrum wydarcia ryja ma bardzo szerokie i kompletnie te skojarzenia nie przeszkadzają. Polecam też poczytanie tekstów – wciągające historie rodem z horrorów klasy B, napisane jednak z poetyckim zacięciem godnym absolwentów wysokiej klasy liceum ogólnokształcącego. 

Nie przedłużając i nie przynudzając – odpalcie sobie tę płytkę, bo zacna jest niemiłosiernie!

Nie sposób nie zauważyć, że to kolejny świetny materiał wydany przez Arachnophobia Records. I do tego wydany bardzo ładnie – bez fajerwerków, ale bardzo schludnie i interesująco. 

Ocena redaktora imprezowicza: 8/10


Wydanie Arachnophobia Records, 2016 rok. Numer katalogowy ARA028.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz