wtorek, 20 września 2016

Eerie, czyli znowu się zagapiłem i prawie przegapiłem.


Dobra, czas posypać głowę popiołem. Albo wejść pod stół i odszczekać wiele opinii z przeszłości. Kiedy człowiek się myli, dobrze jest, gdy potrafi to przyznać. Czas udać się do konfesjonału i uderzyć się w pierś mówiąc – moja wina! Wybaczcie, trochę mnie poniosło – do konfesjonału oczywiście się nie wybieram, ale swoje muszę odpokutować. Bo głupie ignorowanie pozbawiło mnie dwóch lat obcowania z kolejną świetną płytą. Staram się desperacko ten czas nadrabiać słuchając jej ósmy raz pod rząd, ale czy to wystarczy?

Trzy dni. Dwa ciosy. Mocne ciosy. W sobotę znokautowała mnie Entropia (link), wczoraj Eerie. O ile Entropię łatwiej mi sobie wybaczyć, bo ich „Ufonaut” wyszedł w tym roku, to „Into everlasting death” jest z 2014. Trochę mi głupio. Dwa lata. Dwa lata nieświadomości, że ktoś nagrał tak dobry album. I nie mogę się usprawiedliwiać, że byłem na duchowej wyprawie do Indii i nie miałem dostępu do informacji. Nie mogę, bo przecież byłem w Polsce, z dostępem do internetu. I nie mogę się usprawiedliwiać, że nie lubię poznawać nowych rzeczy. Bo przecież lubię. Wszystkiemu winne jest moje głupie podejście do tych wszystkich „post black metalowych” kapel i ładnych chłopców z gitarami. Czyli „moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina!”. Gdzieś podświadomie umiejscowiłem ich w jednym worku z tym naszym nowoczesnym graniem i to zepchnęło ich na margines mojego zainteresowania. 

A to był błąd wielki, bo Eerie to wspaniale zagrany black metal. Nowocześnie, ale z pierwotną mocą i polotem. 

Co tutaj się dzieje! Ile tutaj się dzieje! Te emocje, aranżacje, zmiany klimatu, tempa, nastroju. Te wspaniałe melodie i riffy. Wreszcie brzmienie, które pokazuje dobitnie, że można nagrać album czysto ale z pazurem. Nie znajduję tu ani jednego zbędnego dźwięku, krzyku czy riffu. To wspaniale zamknięta całość, która puszczona w bieg kończy się stanowczo za szybko. Momentami, są tu takie momenty, że aż unosiłem brwi ze zdumienia, że tak można. Brawo. Brawo i jeszcze raz brawo. Moja polonistka często opowiadała o tym, co poeta miał na myśli. Gdyby miała zrobić to samo z płytą Eerie, powiedziałaby, że poeta miał na myśli stworzenie czegoś wspaniałego. I miałaby rację. Poeta stworzył. Ludu prosty, ludu zwykły, zachwycaj się. Szkoda, że ten materiał wyszedł w 2014 bo chętnie umieściłbym go w zestawieniu najlepszych płyt 2016 roku :)


Wydanie Arachnophobia Records, rok 2014, numer katalogowy ARA011. 








"Into everlasting death" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz