czwartek, 15 września 2016

Diabeł rozpoczyna harce, czyli początki Christ Agony.


Fajnie jest czasem spojrzeć na coś z perspektywy lat. Kiedy spojrzenie to bogatsze jest o lata doświadczeń, przeżyć i nauki. W tym przypadku chodzi o setki poznanych płyt, ostudzone emocje młodzieńczego zapału i pozbycie się bezkrytycznego podejścia do wszystkiego co „rogate”. W końcu kilkanaście i więcej lat temu podejście było inne. Pentagram na okładce załatwiał sprawę. Te czasy bezpowrotnie minęły, choć oczywiście do kwestii wizerunkowych zespołów nadal przywiązuję pewną wagę. Nie rzucam się już jednak na pierwszą lepszą wymalowaną gębę i odwrócony krzyż, bo szatan mi tak każe ;)

Jakiś czas temu dotarły do mnie wznowienia dwóch demówek Christ Agony - „Sacronocturn” i „Epitaph of Christ”. Nie słyszałem ich dobrych kilkanaście lat. Trochę poleżały na półce, bo przypływ nowych pozycji był spory. Odczekały swoje aż wreszcie wskoczyły do odtwarzacza. Będąc gówniarzem jarałem się nimi mocno. Był to kolejny brudny, bluźnierczy cios wymierzony Bogu i tylko to się liczyło. Dziś, słuchając obu tych materiałów, zauważam wiele rzeczy, które wtedy były dla mnie albo niewidoczne albo nieistotne. Co jednak najważniejsze – pomimo upływu lat i innej optyki, te materiały nadal mi się podobają i mają w sobie ciągle tę siłę, która wtedy mnie urzekała. Ten mroczny czar i brudny cios. Ten smród piwnicy klasztornej zbrukanej kopytem czarta.

Lata minęły, ale pewne rzeczy się nie zmieniają. Jeśli coś jest dobre, dobrym pozostaje. 





„Sacronocturn”, pierwsze demo, to wciąż szukanie swej drogi przez zespół. Słychać jeszcze pewne braki, ograniczenia muzyków, ale czuć również ambicję tworzenia czegoś złożonego i nietuzinkowego. Bardzo surowe brzmienie nie ułatwia odbioru, ale też go całkiem nie psuje. Powiedziałbym, że wręcz czasami pomaga, usprawiedliwia. Tak jak ulewa nad boiskiem pozwala zapomnieć kibicom o kiepskiej grze piłkarzy. Bo jak tu grać w takich warunkach? „Epitaph of Christ” to zupełnie inna historia. Tu wszystko jest dojrzalsze, bogatsze i bardziej przemyślane. Tu już słychać, że diabeł zadomowił się w piwnicy rzeczonego klasztoru i całkiem mu tam dobrze. Tu już słychać, że za chwilę wejdzie na pierwsze piętro i rozgości się w komnatach jak władca udzielny – jak wiemy stało się to już na kolejnym wydawnictwie. „Epitaph...” to kawał historii rodzimego black metalu i jeśli jest w tym kraju ktoś, kto nie zna, powinien natychmiast udać się do spowiedzi. Ale pamiętajcie – diabeł nie wybacza!

Bardzo jestem wdzięczny Witching Hour za te wznowienia. Obie płyty to piękne digipacki. Kolorystyka, grafiki – najwyższy poziom. Warto mieć choćby dlatego. Dobra robota, szczególnie, że czasami wznowienia robione są po łebkach, byle tylko kasa się zgadzała. 


Witching Hour Productions, 2015 rok. Numery katalogowe: Evil80CD (Sacronocturn) i Evil81CD (Epitaph of Christ).


Komplet:



Sacronocturn:







Epitaph of Christ:







Sacronocturn na Discogs:


Epitaph of Christ:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz