środa, 31 sierpnia 2016

Idzie zima, czyli koncertowy sezon przed nami.


Mikkey Dee i jego solo na perkusji wśród genialnych świateł, Roman Kostrzewski tańczący w klapkach do „Wyroczni”, Bruce Dickinson walczący na scenie z Eddiem, Lemmy wypowiadający kultowe „We are Motorhead”, Angus w mundurku ze swoim Gibsonem, Fernando z Moonspell próbujący mówić po polsku...

Ekstaza przy „Worship Him” Samaela, zdarte gardło po „Łzie dla cieniów minionych” Kata, odlot podczas „Highway to hell” i łzy przy „Fear of the dark”. Ciary wielkości ciężarówki przy „King of a stellar war” Rotting Christ i dziki szał podczas „Carnal” Vadera. 

Duszne sale i salki. Małe, średnie i duże kluby. Stadiony i festiwale. Dziesiątki poznanych ludzi, setki litrów wypitego piwa. Przepocone koszulki i posklejane włosy. Podarte koszulki i podeptane buty. Nagłośnienie lepsze i gorsze. Problemy z ochroną lub ich brak. Podróże dalekie i bliskie, czasami nawet piechotą. Akustyka do bani i ścisk. Pogo i kolejki do baru. Setki wspomnień i tysiące niezapomnianych momentów. 

Koncerty. 

Esencja metalu. Misteria dostarczające niesamowitych emocji. A czasami po prostu świetna zabawa.






Kiedyś nie było tak łatwo. Koncertów było mniej, a jak już były to daleko. Nie każdy urodził się w Warszawie czy Gdańsku. Czy nawet Katowicach. Dla nas, chłopaków z Tychów, choć to tylko 20 km, koncert w Katowicach oznaczał małą wyprawę. Jeśli trwałby za długo, byłby problem z powrotem. Trzeba było kombinować, więc kombinowaliśmy. Główkować trzeba było też nad funduszami, bo przecież taki koncert to nie impreza darmowa. Oczywiście te czynniki nie mogły nas zatrzymać. Jeździliśmy tak często, jak się dało. Mega Club, Spodek, Hala Huty Baildon... znaliśmy te miejsca dobrze. Słynne powrotne „wesołe autobusy”, czasami jakieś problemy, które wyjaśniało się nie tylko słownie. Było wesoło, beztrosko i rock'n'rollowo. Potem, po wielu latach, dzięki dwójce przyjaciół, koncerty zawitały do Tychów i na gig Kata mogłem iść w kapciach. 

Dziś jest łatwo. Koncert za koncertem, czasami trzeba wybierać bo niestety nie można być w dwóch miejscach jednocześnie. Pieniądze są, bo człowiek pracuje i już nawet wysokie ceny biletów nie odstraszają. Ale ludzi mniej. Siedzą w domach, bo przecież wszystko jest na jutub, a jeśli już przyjdą to filmują by na jutub się to znalazło. Smutne, ale od dawna nie widziałem konkretnego pogo pod sceną. Gdzie ta świeża krew? Gdzie metalowe serca i dusze? Schowajcie te cholerne telefony! I ruszcie tyłki na koncerty, bo warto. 

Idzie jesień i zima, czas klubowych koncertów, tych, które lubię najbardziej. Mam nadzieję, że choć kilku z Was na nich spotkam.

2 komentarze: