poniedziałek, 18 lipca 2016

Taakeferd, czyli Unholy Black Metal.


„Nie mogę spać. Mija już czwarta godzina naznaczona potem na czole i wirem w głowie. Na ścianach tańczą cienie. Chwilę temu były w mojej głowie, teraz rozpełzły się po całym domu. Tulą się do mnie choć je odpycham. Tańcząc na starych ścianach mego domu, układają się w obrazy. Wciąż widzę ten wielki stos i słyszę jej krzyk. Ogień szybko go uciszył, ale ja nie zapomnę. Banda religijnych opętańców nazwała ją czarownicą… Jej już nie ma, zostałem ja wśród ciszy nocy, tysiąca zmierzchów i tysiąca świtów, których nie chcę obejrzeć. Ta październikowa noc nie chce się skończyć. Wilgoć oblepiła deski ścian a trupi księżyc świeci dziś wyjątkowo blado. Nie chcę patrzeć mu w oczy, ale coś mnie zmusza… Wstaję i zupełnie bezwiednie, idę do drzwi. Wychodząc na zewnątrz czuję ostry chłód nocy, wgryzający się w każdy zakamarek ciała. Zatapiam się w las, spowity gęstą mgłą. Ona nie jest z tego Świata, jest ciepła i przyjemna choć zarazem niepokojąca. Nie zwracam jednak na to uwagi, idę naprzód, w nieznane, choć doskonale wiem gdzie chcę dotrzeć. Docieram do traktu, którym idą. Długi szereg milczących postaci w czarnych kapturach. Nie widzę ich twarzy, nie znam ich, nie wiem dlaczego tu są. Wiem jednak, że od tej nocy będą moją rodziną. Pochód we mgle, to wszystko co mi pozostało. Nie wiem dokąd zmierzają ale wiem, że tylko oni doprowadzą mnie do Niego. A On pomoże mi dokonać zemsty.”


Taakeferd, czyli pochód we mgle

W 1993 roku w Norwegii działo się dużo. Rodził się i rozwijał potężny ruch black metalowy, płonęły kościoły, wydano kilka świetnych płyt, choć większość wciąż czekała na swój debiut. Darkthrone natomiast wydał już swój trzeci, a drugi black metalowy album. I tak naprawdę pierwszy w pełni w kanonach gatunku. Poprzedzający go „A Blaze In the Northern Sky” (o nim tutaj) zawierał jeszcze elementy death metalu, gatunku od którego Darkthrone zaczynał. „Under a Funeral Moon” to już zupełnie inna bajka – czysta black metalowa jazda. Kiedy myślę o klasycznych albumach z Norwegii, ten jest w ścisłej czołówce. Pamiętajmy, że wtedy nie było jeszcze nawet "De Mysteriis Dom Sathanas" czy "In the Nightside Eclipse" oraz kilku innych bardzo ważnych płyt. To Darkthrone wytyczał ścieżki, przecierał szlaki i narzucał brzmienie norweskiej scenie (a w konsekwencji światowej). To jedna z tych płyt, która po pierwszym przesłuchaniu wydaje się być tylko hałasem i krzykiem, jednak z czasem nabiera dużo głębszego odbioru i smaku. To również jeden z tych albumów, który poznałem, dzięki wymalowanemu panu na okładce, bo jakoś nie zwróciłem uwagi, że logo to samo co na „A Blaze...”, który kupiłem kilka dni wcześniej. Lubię do niej wracać i zawsze gdy to robię, gości u mnie w odtwarzaczu na dłużej. 


Posiadam wznowienie z 2003 roku. Peaceville Records, numer katalogowy CDVILED35.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz