poniedziałek, 11 lipca 2016

Sznur w dłoń, czyli Odour of Death.


„Cichy, chłodny las...ostatnia droga pod moimi stopami. Czuję dotyk powietrza na zmęczonej twarzy, wśród splątanych włosów. Idę. Nie ma innej drogi, a nawet jeśli jest, to nie jest mi potrzebna. Noc gęsta jak kłębowisko węży powoli oblepia mnie coraz mocniej...Wreszcie jestem, ten konar to mój ostatni wzlot. Sznur już czeka, wyciągam nóż...”

Jakiś czas temu, szczerze mówiąc dawno temu, straciłem wiarę w black metal. Scena poszła w niezrozumiałym dla mnie kierunku, gdzieś, gdzie ciężko nam się spotkać. Dla mnie BM to krzyk, jazgot i bluźnierstwo, nie potrzebuję hipsterskich wstawek, polukrowanych i przeintelektualizowanych tekstów pełnych nowomowy. Weźcie panowie instrumenty, przywalcie w nie i zróbcie to bez litości a nie jak piętnastolatka rumieniąca się na widok piegowatego młodzieńca. Albo, jak już bardzo nie chcecie przywalić, to przynajmniej dajcie mi taką grozę i rozpacz, żebym poczuł chęć odwiedzenia toalety. Niestety, od dawna coraz o to trudniej. Na szczęście, nasza scena jeszcze nie całkiem zniewieściała i co jakiś czas można dorwać coś z jajami. Ostatnie dwa tygodnie były wręcz jak bajka! Doświadczyłem dwóch ciosów polskich zespołów, które podtrzymały moją ostatnią iskierkę nadziei. Tak, jest jeszcze w ludziach duch! Oba to zespoły młode, oba wydały na start mini CD. Mowa o Dagorath i Odour of Death. Dziś przyjrzymy się drugiemu. 

Dużo w tym materiale o śmierci, wieszaniu się, podcinaniu żył i ofierze. Czyli jest jak być powinno – głosimy wesołą nowinę wstającego poranka. Przesłanie jest krótkie – czas chwycić sznur i zadyndać. Nic tu nam nie daje nadziei i żadna iskierka już się nie rozżarzy. Dwadzieścia pięć minut bez radości, wypełnione przygnębieniem i strachem. Nie, w toalecie nie byłem, aż tak dobrze nie jest. Ale znając twórców tego materiału, w przyszłości weselej też nie będzie. Nie ma tu opętańczych temp i piwnicznego brzmienia. Siła tego materiału leży gdzie indziej. Prymitywizm, prostota i pierwotna dzikość ustępują tu w pewnym stopniu miejsca klimatowi mizantropii i beznadziei. To nie bezlitosna wojna z karabinem maszynowym tylko porażka jednostki w totalnej samotności. I to właśnie jeden z tych kształtów black metalu, jaki lubię. Nie wszystko tu jednak jest idealne, czy takie jakbym chciał. Paradoksalnie, za ładne brzmienie nie do końca mi pasuje. W końcu to black metal, więc panowie – więcej piwnicy. Nawet nie dosłownej, wystarczy tylko taki powiew zza lekko uchylonych drzwi lochu. I nie do końca przekonują mnie momentami wokale – są za czyste, zbyt wyraźne. Za dużo rozumiem ;) Wiem, że Radek potrafi, więc pewnie był to zamierzony efekt. Plus za polskie teksty, bardzo dosłowne, bez owijania w bawełnę i niepotrzebnego poetyzowania. Jak na debiut jest dobrze, czekam na dalszy ciąg bo smak rozbudzony. Tyska stara gwardia się trzyma i to mnie bardzo cieszy. Pozdrowienia panowie!

Materiał wydany w digipacku przez Lower Silesian Stronghold. Numer katalowy LSS051.









Odour of Death na Discogs:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz